Wywiad w Tygodniku Powszechnym. Rozmawiał Stanisław Mancewicz

23 kwietnia 2009Aktualności

Grzegorz Turnau: Pamiętam doskonale, kiedy stwierdziłem, że mój cel życiowy się ziścił. Był rok 1984.Zobaczyłem, że Marek Grechuta siedzi w jury festiwalu i klaszcze po moim występie. Uznałem, że na tym skończyła się moja biografia artystyczna. Bo ja chciałem się podobać Grechucie.

Stanisław Mancewicz: Ćwierć wieku na scenie, bez kontrowersji, bez skandalu, bez nieudanej płyty – pasmo sukcesów.

Grzegorz Turnau: Moim zdaniem szereg nieudanych płyt, właściwie większość. Nieudanych w tym sensie – nie chcę teraz uchodzić za mistrza samokrytyki – że jest wśród tego, co się nagrało, bardzo dużo rzeczy, do których bym nie chciał wracać, których się trochę wstydzę. To 25-lecie też jest na wyrost. W 1984 r. miałem niecałe 17 lat. To nie jest wiek, o którym można mówić, że jest wiekiem startu jakiejś świadomej działalności.

Jest wiekiem startu – wygrałeś Festiwal Piosenki Studenckiej.

Ale jak sam wiesz doskonale, zupełnie przypadkiem – tylko i wyłącznie dzięki marynarce, którą od Ciebie pożyczyłem i która przynosiła szczęście. Ty – bez niej – oblałeś maturę.

Wypożyczenie przed maturą cudownej marynarki było lekkomyślne. Zostawmy. Wydaje mi się jednak, że wygranie Festiwalu Piosenki Studenckiej, który wtedy miał niemałą renomę, musimy uznać za początek wielkiej kariery, świadomej.

Dziś, po raz pierwszy być może, powiem to, czego nigdy nie powiedziałem wprost. Byłem wtedy pod tak wielkim wpływem i tak skoncentrowany na postaci Marka Grechuty, że wymyśliłem sobie, iż ja chcę być po prostu taki jak on, chcę zrobić wszystko tak, jak on zrobił, i chcę wejść w ten świat, który już dzięki niemu gdzieś tam był dostępny. Byłem przykładem człowieka absolutnie nieoryginalnego i niesamodzielnego. Tak siebie widzę z tamtego okresu.

Pamiętam doskonale taki moment, kiedy stwierdziłem, że mój cel życiowy się ziścił: zobaczyłem, że Grechuta siedzi w jury festiwalu, o którym wspomniałeś, i – wyraźnie zadowolony – klaszcze. Uznałem, że właściwie na tym skończyła się moja biografia artystyczna. Ja chciałem się podobać Grechucie. Kiedyś – bardzo proszę o dostrzeżenie tutaj „zachowania proporcji”, to porównanie jest dosyć zabawne – usłyszałem wypowiedź Czesława Miłosza na temat tego, jak pisali młodzi poeci w czasach, kiedy on sam zaczynał: „Pisaliśmy nie tak, żeby się podobać kolegom, tylko tak, żeby się podobać Mickiewiczowi”. Ja się chciałem „podobać Mickiewiczowi”. I ponieważ uznałem, że się mu już podobam, to właściwie było mi obojętne, co będzie dalej. Mówię zupełnie serio.

A kiedy przyszedł taki moment, że poczułeś, iż jesteś sam, iż nie jesteś Grechutą? Był taki błysk?

Błysku nie było, mijał czas. Jak się czytało „Bunga”, to się identyfikowało świat też według tego klucza i chciało się być Bungiem, a w przyjacielu widziało się Brummela. Dużo dała mi wtedy przyjaźń z Grzegorzem Kluczykowskim, plastykiem, moim „mentorem”, specjalistą od walki z „lenistwem duchowym” i od Beatlesów. Różne fikcje literackie sobie uprawialiśmy, próbowaliśmy się wcielać w światy, które wtedy nam imponowały.

W pewnym momencie zdajesz sobie oczywiście sprawę, że tylko własnym głosem możesz powiedzieć coś sensownego. I to się dzieje albo się nie dzieje. U mnie to się stało gdzieś na początku lat 90. Jeżeli już tak bardzo skrupulatnie odmierzamy ten czas w moim występowaniu i nagrywaniu, to ja od tamtego festiwalu do 1989 r. właściwie nie zrobiłem niczego istotnego. A w każdym razie nie zrobiłem przez pięć lat niczego, co dzisiaj mógłbym wspominać jako kontynuację tamtego sukcesu, przez te pięć lat żyłem ze znakiem zapytania: co dalej po tym, jak Grechuta klasnął. Rok 1989 był przełomem, ale od tych 25 lat możemy odjąć co najmniej pięć.

I to wszystko było taką tajemnicą?

Jedną z cech starzenia się jest pozbywanie się wstydu i skłonność do pewnych obnażeń, jeśli chodzi o przeszłość. Tak to widzę, tak się czułem wtedy.

To chyba naturalna kolej rzeczy, że młodość się kreuje przez oryginalność innych i w pewnym momencie się tej oryginalności samemu dostaje.

No, chyba że się rodzisz geniuszem. I wtedy cały świat od początku do końca masz w… głowie. Tylko to są odosobnione przypadki. Znamy panią, która napisała prawie dwa tysiące wierszy, przez większość życia nie wychodząc z domu. Te wiersze uważane są za wielkie.

Która to pani?

Emily Dickinson.

Jak Ci się udało uniknąć nieprzychylności? Jesteś człowiekiem bardzo dobrze traktowanym przez publiczność. Wszyscy Cię lubią, a to, co śpiewasz, nie przestało być modne. To jest bardzo dziwne.

I podejrzane. Ale jest w tym trochę nieprawdy. Jakbyś dobrze poszukał, to znalazłbyś na pewno ludzi, którzy uważają to, co robię, za protezę, komercyjny produkt zastępujący autentyczny nurt „śpiewanej poezji bardów”. Spotykałem się z takim zarzutem. Na łamach pisma, dla którego prowadzimy tę rozmowę, zdenerwował się kiedyś Jacek Podsiadło na czyjąś sugestię, jakobym był poetą. „Kim jak kim, ale poetą to na pewno Turnau nie jest”, czy jakoś tak się wyraził. Wziąłem to serio, ponieważ się z nim zgadzam. Nie uważam się ani za poetę, ani za kompozytora. Uważam się za piosenkarza. Oddaję się też innym pokrewnym dziedzinom, takim jak prowadzenie samochodu, komponowanie dla teatru czy filmu. Nie uważam tego, co robię, za sztukę w jakikolwiek sposób zasługującą na wyróżnienie, spośród dziesiątków innych autorów. To, że towarzyszy mi sympatia czy afirmacja, może niestety świadczyć o krótkotrwałości. Mogę się okazać takim Bałuckim piosenki, i po prostu pewnego dnia pójdę i strzelę sobie w łeb na Błoniach, bo będę wówczas uważany za zupełnie nieznośnego. Ale na razie jestem Bałuckim krakowskiej piosenki z czasu „Grubych ryb”.

Pan Świetlicki Cię nie lubi…

Zawsze udawał, że mnie nie ma, więc trudno powiedzieć, czy taki ktoś cię lubi. Natomiast ja interesowałem się jego rzeczami, niektóre uważam za bardzo dobre (mam szczególną słabość do parlando Bogusława Lindy o „wódce, która nigdy już nie będzie tak pożywna”, to świetny utwór). Możliwe, że przeszkadza mu to, czemu z kolei służy moje śpiewanie. I tu wracamy do słowa użytego przez Podsiadłę, czyli do słowa ,,poeta”. Kto poetą może być nazwany, kto nie może. I bardzo mi przykro, ale nie sądzę, żebyśmy zdołali to rozstrzygnąć. Poeta to jest w potocznym rozumieniu ktoś, kto uruchamia świat wokół siebie, jest sam dla siebie motorem i kreacją, kto nie tylko słowem, ale też i sposobem bycia, sposobem kontaktu z innymi ludźmi coś produkuje.

Sprawiasz wrażenie człowieka, który spełnia te kryteria.

Ale bliższa mi jest definicja poety jako kogoś, kto w mistrzowski sposób posługuje się skrótem, syntezą i dzięki jakości swego intelektu i warsztatu potrafi dać genialny wiersz. Ja nie jestem autorem genialnych wierszy. Zdarzyło mi się napisać kilkadziesiąt tekstów, które później śpiewałem. Nigdy w życiu nie opublikowałem żadnego wiersza jako wiersza, więc nazywanie mnie poetą jest rzeczywiście pomyłką. Z jedną tylko uwagą: ja sam nigdy o sobie tak nie powiedziałem.

Zawsze robiłeś na mnie wrażenie człowieka bardzo uporządkowanego, pewnego tego, co robi, mającego bardzo klarowną wizję dotyczącą swojej twórczości, zwykłej i niezwykłej przyszłości. Czy był jakiś moment zawahania, czy na tym krysztale jest jakaś szczerba? Czy był taki moment, że miałeś ochotę tym rzucić, zmienić zawód…

Zniknąć? Zdjąć sutannę? Przestać być „tym panem”? Sto tysięcy razy.

Pomyślałeś, że mógłbyś zostać np. kierowcą autobusu?

Te lata, kiedy się pętałem po Piwnicy i mało pisałem, mało robiłem, a bardziej podpinałem się pod kabaret, wykonywałem różne pożyteczne prace, odprowadzałem koleżanki do taksówek po kabarecie, wygłupiałem się przy pianinie z kolegami, i, owszem, grałem recitale raz na miesiąc – nie nazywałbym ich latami jakiegoś specjalnego rozwoju. Miałem żonę, dziecko, uczyłem angielskiego, bo z czegoś trzeba było żyć. Przed 1989 r. myślałem już poważnie o porzuceniu występów. Podkreślam „występów” – występ to jest tak naprawdę praca fizyczna. Kariera piosenkarza jest jak kariera skoczka narciarskiego – musi być na diecie i mieć psychologa. Oparłem cały swój życiowy plan na świadomości, że będę tzw. performing artist. Mam na myśli pewną kondycję psychiczną, która pozwala na stałe i wiarygodne powtarzanie pewnych emocji, pewnego napięcia. Tak jak aktor powtarza swoją rolę, nie narażając się na kompletne wariactwo bądź oszustwo, a jednocześnie w sposób świadomy powtarza stany psychiczne.

No więc albo ktoś śpiewa i jest z tego niesłychanie zadowolony, bo kocha to robić i nic mu nie przeszkadza, a publiczność to akceptuje, albo zmaga się z nieśmiałością, z zahamowaniem, z kompleksami i musi się ratować rodzajem rygoru, psychoterapii. Jestem chyba tym drugim przypadkiem. Jeżeli wspominasz o mojej niesłabnącej kondycji i jakimś własnym dobrym samopoczuciu, to jest to raczej umiejętność maskowania się niż wiecznego zadowolenia i promiennych skojarzeń z własną osobą.

Jest taka dobra fraza pewnego wybitnego reżysera o innym wybitnym reżyserze, że ten drugi jest „mistrzem od spijania cudzych miodów”, czyli umie sobie dobierać współpracowników i korzystać z ich talentów i pomysłowości, a jednocześnie jest człowiekiem obdarzonym takim wdziękiem osobistym, że i tak splendor spływa na niego. Mam podejrzenie, że jestem podobnym przypadkiem. Miałem przez całe życie szczęście do ludzi, którzy mi coś dawali czy sugerowali. Dzięki ich pomysłom mogłem iść dalej. Na początku był to impuls związany z „Muzyką kameralną” Joyce’a, którą dostałem od ciebie. Pewnie bym nigdy na to nie wpadł, bo pierwszych inspiracji szukałem gdzieś w wierszach Tuwima (moja pierwsza w życiu piosenka to „Fryzjerzy”) i w innych popularnych źródłach. To było przecież niemal bibliofilskie wydanie młodzieńczych wierszy Joyce’a, w niewielu egzemplarzach, w tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego. Prawie nikt tego nie znał. Potem w Piwnicy pod Baranami trafiłem na genialne rzeczy, którymi obdarowywała nas Janina Garycka. W ten sposób stworzyłem swój pierwszy cykl kabaretowy o „Niedolach Wazów”. Potem przyszedł wielki wkład Michała Zabłockiego, jego pomysłów na teledyski, jego fantastycznej „Cichoszy”, która zrobiła furorę. I Leszka Moczulskiego, i Bronka Maja. I Jana Pawluśkiewicza…

Cały czas pojawiali się na mojej drodze ludzie, dzięki którym mogłem dalej sobie płynąć i tworzyć, a splendory spływały później głównie na mnie. A więc wszędzie ludzie, ludzie, ludzie. I teraz pytanie: ile tych miodów przez 25 lat spiłem, dzięki różnym pomysłom i sugestiom? Nie próbuję udawać przed tobą człowieka skromnego, bo dobrze wiesz, że nim nie jestem, ale cały czas panicznie boję się zapomnieć o tych relacjach. To jest lekka obsesja prowadząca czasami do wrażenia, że ja sam w ogóle niczego nie zrobiłem.

A jak ważny jest tekst? W jaki sposób go sobie dobierasz?

90 procent tego, co zostało wykonane czy nagrane, a co jest opatrzone moją muzyką, to utwory, które najpierw miały tekst. W muzyce popularnej przywiązano się do innej kolejności. Najczęściej stwarza się ładną, potencjalnie przebojową melodię, a potem się myśli, o czym ona jest. I taka metoda pracy też oczywiście daje często niezwykłe efekty, może być bardzo owocna (np. „Yesterday”). Ale ja – i to jest może jakieś moje kalectwo – miałem zawsze problemy z pisaniem muzyki, która mogłaby pozostać bez tekstu. Zawsze wychodziłem od słowa.

O ile wiem, w dostępnym naszej pamięci okresie twórczości piosenkarskiej, ale takiej, o której chcemy rozmawiać, a nie takiej, o której chcemy zapomnieć, jest wielu, którzy tak też pracowali. Na przykład – przepraszam, że tak od razu z górnej półki – Jerzy Wasowski, który z panem Jeremim Przyborą napisał w ten sposób dziesiątki piosenek. Wojciech Młynarski. Nie wyobrażam też sobie, żeby Zygmunt Konieczny szukał słów do melodii, która później stała się „Karuzelą z Madonnami”.

Dziś jest niejaki Czesław Śpiewa, szalenie sympatyczny polsko-duński akordeonista, kabareciarz, objawienie ostatniego sezonu – i tu znów mamy do czynienia z muzyką pisaną do tekstów, tym razem tekstów tworzonych przez internautów i składanych jak kolaż, jak jakaś układanka z pomysłów anonimowych przechodniów.

Robiłeś takie doświadczenia?

Nie.

Śpiewałeś teksty, których nie chciałeś śpiewać?

Bywałem proszony o zaśpiewanie czegoś, co okazywało się trudne do przełknięcia, a trzeba było przełknąć. Zwłaszcza w Piwnicy. I było gorzko. Ale to były rzadkie przypadki i nie zamierzam narzekać na swój los. Natomiast jeżeli sam się za coś brałem, to pierwszym kryterium wyboru tekstu był zachwyt, poczucie harmonii lub też dramatycznej dysharmonii, czegoś, co powodowało, że chciałem taki wiersz zabrać ze sobą. Jak mówi Jacek Woźniakowski: jedynym kryterium oceny wartości dzieła sztuki jest to, czy chciałbym je ukraść.

Możesz wymienić jakieś Twoje zachwyty?

Największe zachwyty dotyczą wierszy, których później nie chciałem zamieniać w piosenki, bo uważałem je za doskonałe.

Wierszowi może zaszkodzić melodia?

Jeżeli się stanie popularna, to może mu odebrać jego intymną legendę, jakąś jego osobność, ukraść coś ważnego ludziom, którzy ten wiersz przeżywali wcześniej.

***

Czy spotkałeś sytuację teoretyczną, że do genialnego wiersza napisano genialną muzykę, że ona daje wszystko jemu, a on wszystko jej…?

I już nigdy ten wiersz bez tej muzyki w tle nie będzie istniał, i odwrotnie – już nigdy nikt nie będzie mógł dopisać innej muzyki do tego wiersza?

Tak.

Przychodzą mi do głowy dwie piosenki: ,,Ocalić od zapomnienia” do wiersza Gałczyńskiego, kompozycja Marka Grechuty, i ,,Tomaszów” (czyli „Przy okrągłym stole”, tak to się chyba nazywa?), napisany przez Zygmunta Koniecznego do wiersza Tuwima. Jest ich dużo więcej, ale te dwie wymieniam od razu, bez zastanowienia.

A wracając do zachwytów, coraz trudniej mi się je przywołuje. Mam utrudniony zachwyt codzienny, rzadziej się zachwycam tak bardzo, żeby się ekscytować tym, co czytam, czy tym, co widzę. Jest jednak taki wiersz Roberta Frosta, powszechnie znany i cytowany, o pociągającej nicości, o marzeniu o przejściu na drugą stronę i jednoczesnej świadomości, że ma się jeszcze coś do zrobienia tutaj. To jest wiersz, który się nazywa: „Przystając pod lasem w śnieżny wieczór”.

Wiem, czyj to las: znam właścicieli.

Ich dom jest we wsi; gdzieżby mieli

Dojrzeć mnie, gdy spoglądam w mroku

W ich las, po brzegi pełen bieli.

Koń nie wie, czemu go w pół kroku

Wstrzymałem: żadnych zagród wokół;

Las, lód jeziora – tylko tyle

W ten najciemniejszy wieczór roku.

Dzwonkiem uprzęży koń co chwilę

Pyta, czy aby się nie mylę.

Tylko ten brzęk – i świst zawiei

W sypiącym gęsto białym pyle.

Ciągnie mnie w mroczną głąb tej kniei,

Lecz woła trzeźwy świat nadziei

I wiele mil od snu mnie dzieli,

I wiele mil od snu mnie dzieli.

Poznałem ten wiersz dzięki książce Stanisława Barańczaka „Ocalone w tłumaczeniu” i był to chyba jedyny wiersz w życiu, jaki czytałem dziesiątki razy (w kilku tłumaczeniach i w oryginale) i za każdym razem doprowadzał mnie do płaczu. Nie takiego prostego, ze smutku, tylko z podziwu. Podziwu dla lekkości, z jaką mówi się o mrocznej żądzy. Przy okazji Barańczak daje w swojej książce wykład na temat możliwości przekładu wiersza, szalenie prostego zewnętrznie i szalenie trudnego do spolszczenia.

Muzyka…

Nigdy nie byłem tzw. melomanem, jakimś pilnym uczestnikiem wydarzeń filharmonicznych w Krakowie, i nie będę udawał człowieka, który się na tym wszystkim bardzo zna. Słuch mam nie najgorszy, jestem amatorem. Dla mnie najładniejsza muzyka to jest fisharmonia w małym, prowincjonalnym kościółku, która rzewnie gra jakiś temacik do Mszy albo kolędę. Nigdy nie miałem potrzeby uczestniczenia w festiwalach muzycznych, w jakichś wielkich formach. Choć setki razy współpracowałem z orkiestrami, wybitnymi dyrygentami… Pod tym względem jestem filistrem.

Jeździłeś na wielkie koncerty…

To wiązało się ze wspomnieniem okresu dojrzewania. Jeżeli w wieku licealnym masz mocne wstrząsy związane z jakąś piosenką czy z jakimś brzmieniem, to nie chodzi o muzykę, tylko o nadzieje erotyczne. To był okres odkrywania Beatlesów, których już nie było. To nie ma wiele wspólnego z muzyką, to ma więcej wspólnego z hormonami.

Już jesteś w wieku, w którym hormony przestały wpływać na Twoje wybory estetyczne.

Zostały zmysły. Głównie wzrok.

Jakieś zachwyty spoza branży musiały być nieuniknione.

Miałem okres, w którym byłem bardzo złym przykładem dla swojego dziecka. Bardzo mało czytałem, zajmowałem się właściwie wyłącznie działalnością estradową (czyli, według mojego Taty, „hulaszczym trybem życia”) i moje czytanie było w zaniku. To był okres najbardziej intensywnej pracy, związanej z przyjmowaniem właściwie wszystkich propozycji. Grałem i siłą rzeczy czytałem sztuki czy scenariusze filmowe, do których pisałem muzykę, ale byłem kompletnie obok beletrystyki czy też w ogóle literatury jako źródła rozwoju. I nadrabiam te zaległości od nie tak dawna; tak naprawdę zacząłem czytać jakieś dziesięć lat temu.

Pocieszam się, że większość ludzi, którzy uchodzą za osoby, które przeczytały już wszystko (z wyjątkiem Andrzeja Żuławskiego, który w wywiadzie rzece powiedział, że on przeczytał już wszystko i właściwie się nudzi), właśnie chyba wszystkiego (na szczęście) nie przeczytała. Nawet fenomenalny profesor Gadacz, który pisze historię filozofii XX wieku, powiedział, że Heideggera nie da się całego przeczytać. Ale warto próbować.

Szekspir?

Całego Szekspira?

Może chociaż kilka…

Kilka to z obowiązku, na studiach. Potem dużo – dla przyjemności. Moją wstydliwą zaległością jest Balzak, którego powinienem już dawno znać chociażby ze względu na Boya, którego czytamy i uwielbiamy od zawsze, czy ze względu na Bobkowskiego, który Balzaka tak kochał. Na razie czytam biografię Balzaka pana Zweiga, świetna rzecz. Ale powiem szczerze – zanim mi to wypomni IPN – że nie przeczytałem w całości ani jednego tomu „Trylogii”. Najbardziej przygodową książką, jaką przeczytałem dzięki Tobie, była „Ucieczka na południe” Sławomira Mrożka. To zastąpiło mi „Trylogię”.

W sprawie „Trylogii” padło ostatnio bardzo pocieszające zdanie. Praprawnuk Henryka Sienkiewicza w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” powiedział, że „W pustyni i w puszczy” jest rzeczą, której nie jest w stanie przeczytać, „Potop” chyba też nie budzi jego entuzjazmu.

Jest tzw. kod kulturowy, który podobno powinniśmy jednak jakoś wypełnić i mu sprostać. Nie będę się swoją ignorancją chwalił, ale mogę się z okazji jubileuszu 25-lecia twórczości estradowej przyznać do tego, że mimo namiętności mojej Babci do Sienkiewicza, nie dałem się oderwać od Niziurskiego.

Piotr Skrzynecki wydaje się kluczową postacią dla lat, w których nie czytałeś książek.

Ty wtedy siedziałeś raczej w domu, próbowałeś malować, i zacząłeś kolekcjonować „Kulturę” paryską i czytałeś, ile wlezie, bo tak się potoczyło twoje życie. A moje życie się potoczyło tak, że byłem doceniany i lubiany przez kolegów oraz koleżanki, występowałem, piłem alkohol – występowałem na innym ringu, w innej konkurencji niż ty. Jak na to spojrzeć dzisiaj, to zazdroszczę ci czasu, który poświęciłeś na coś, na co ja wtedy nie miałem ochoty. Piotr Skrzynecki był jedyną osobą, która mnie w jakiś tajemniczy sposób wychowywała i dokształcała. To był pan, z którym można było rozmawiać o wszystkim, a już na pewno o literaturze.

W 1987 r. obaj – jak pamiętasz – dostaliśmy się wreszcie na studia. Przez cały poprzedni rok brałem korepetycje, bo mnie notorycznie oblewano z literatury polskiej na filologii angielskiej. Bez przerwy trafiano na jakieś lektury, których nie znałem. Miesiąc przed egzaminami przychodziłem co wieczór do Piwnicy na Tańce Letnie, gdzie Piotr bywał, piliśmy whisky, a ja dręczyłem go pytaniami, rozgrzany i przygotowany jak młody konik. Zadawałem mu pytania dość trudne, quizowe: kto to powiedział, a kto to napisał, a z czego to jest. I ten Piotr, w mistrzowski sposób, bardzo precyzyjnie zgadywał i jeszcze poszerzał moją wiedzę. Piotr był jedyną osobą wtedy, gdy naprawdę przestałem się już dobrze zapowiadać, która mi pomogła jakoś przetrwać w elementarnej kondycji.

Bo on czytał Montaigne’a…

On, dzieckiem będąc, ukrywany do 1945 r. w Makowie, a więc nie wychodząc z wiadomych względów z domu, po prostu czytał. Jak sam twierdził, wszystko, co najważniejsze, przeczytał wtedy. Potem mógł już czytać tylko Montaigne’a. W jego młodej pamięci tak się jednak wszystko przechowało, że później całe życie na tym bazował. Dzięki Skrzyneckiemu po Krakowie nie pętali się wyłącznie zdemoralizowani, wykolejeni alkoholicy, ale również pijacy, którzy umieli się od niego czegoś ciekawego dowiedzieć. Mam nadzieję, że zaliczam się do tego drugiego grona, choć wśród tych pierwszych było i jest wielu ludzi uroczych i szczęśliwych.

Ktoś Ci zastąpił Skrzyneckiego?

Gdy poznałem Piotra, miałem lat 17, on miał 54. Pewnie podświadomie po Jego śmierci kogoś takiego szukałem. Krzyś Skórczewski – grafik, miedziorytnik, jeden z nielicznych uprawiających ten arcytrudny warsztat, uznany na świecie, wybitny plastyk, który jest ode mnie 20 lat starszy, a jednocześnie jest przyjacielem. Wspólnie wychowywaliśmy dzieci, bo są w podobnym wieku, choć dzieli nas różnica pokolenia. Krzysztof podsuwał mi ważne lektury, ciekawe pomysły na to, jak podchodzić do sztuki, też mnie bardzo mobilizował, chociażby propozycją pisania wstępu do jego katalogu z okazji wernisażu. Jeżeli miałbym kogoś takiego starszego od siebie wymienić, to właśnie Krzysztofa. Dzięki niemu też poznałem „Lamparta” Lampedusy, jedną z piękniejszych książek o tzw. „istocie bytu”. Ale gdybym powiedział, że Krzysztof zastąpił mi Piotra, to byłoby to nadużycie w obie strony. No bo jest jeszcze Staszek Mancewicz.

***

Maciej Słomczyński. To jest postać i przygoda nie do ominięcia w naszym wspólnym życiu nastolatków.

Nie wiem, co by było, gdyby nie On. Był człowiekiem z drugiej strony igielnego ucha, który powiedział: jesteś gotowy, przechodź. Jesteś gówniarzem, ale chodź, bo tu się może coś zdarzyć. Taki był ten przekaz. Te dwa spotkania, trzy może, polegały na tym, że chodził po pokoju, grzebał w fajce i mówił właściwie bez związku z piosenkami, które mu przyniosłem. Mówił o rzeczach, które wydawały się pomocne. Ogólna teoria wszystkiego. Mówiąc najprościej: pomógł mi uwierzyć w siebie.

Wiele lat później, kiedy był już chory, zaprosił nas znowu. Zostawiłem Mu płytę. Oddzwonił, chciał ze mną porozmawiać, mówił, iż ma wrażenie, że to jeszcze nie jest moment, żebym chodził i mierzył krokami hektary, na które w życiu zarobiłem, że jest za wcześnie. „Chcę coś panu powiedzieć, więc niech pan przyjdzie”. A ja wtedy byłem (kretyn) w jakimś obłędzie, w trasie, więc mówię: „Bardzo chętnie, ja do Pana oddzwonię, jak tylko będę w Krakowie i oczywiście przyjdę”. I nie oddzwoniłem, nie przyszedłem, i On umarł. I to jest dla mnie najbardziej wyraźne i przez to najboleśniejsze wspomnienie. Inne niż tamte gówniarskie nasze wizyty u Niego.

Co mi dał? Dał mi Gałczyńskiego, bo mi kazał pisać muzykę do „Kolczyków Izoldy”, bo było to potrzebne do przedstawienia szkolnego jego córki Daisy, przez co mnie tym zaraził. Puszczał mi płyty z piosenkami, mówiąc, że to niekoniecznie najlepsze wykonania, ale tak trzeba śpiewać, bo to jest dobre. Marlenę Dietrich mi puszczał przede wszystkim. Pożyczał mi swoje własne egzemplarze „Ulissesa” – czerwone od jego notatek, z poprawkami już po pierwszym wydaniu. Dalej niczego nie rozumiałem, ale śledziłem to. Mówił o książkach, o autorach, do których później sięgałem. Był mistrzem – na krótkim dystansie i przez krótką chwilę – dla chłopca. A że później nie wykształciłem się literacko i nie stałem się kimś, kto by pracował w słowie, i nie stałem się człowiekiem bezpośrednio z nim związanym i uczonym przez niego… Stałem się – jak mówił prof. Marek Eminowicz w V Liceum w Krakowie – histrionem. Już nie miałem czasu na chodzenie do mistrza.

Na ostatniej płycie wracasz do Witkacego…

Pierwszy raz śpiewałem „Nowe wyzwolenie” na zamku w Tucznie, na naszych wspólnych wakacjach z poprawkami, a publicznie na festiwalu, rzeczywiście 25 lat temu. Nagrałem to, plus kilka innych piosenek, dzięki życzliwości Radia Kraków, a konkretnie Antosia Krupy, który mnie wtedy zaprotegował. Śpiewałem ją też w Piwnicy, oczywiście. Ale miałem wrażenie, że ona jest jednak okropnie pretensjonalna i trudno wyczuć w niej pewien rodzaj groteski i pastiszu, jaki był u Witkacego, że jest okropnie serio. I po prostu się jej zacząłem wstydzić. Przez te dwadzieścia parę lat nie miałem ochoty, żeby jej ktokolwiek słuchał. Ale jak już wspomniałem, z wiekiem człowiekowi wstydu ubywa, jest w stanie „przyznać się do tego, że posiada matkę” (fraza twojej Mamy!) oraz że ma różne inne przypadłości, i także do tego, że napisał kiedyś i nagrał taki utwór. Stąd obecność tego nagrania na płycie.

To ,,Do zobaczenia” nie ma żadnego drugiego dna?

Ma, właśnie takie, że jeszcze się zobaczymy.

Masz jakiś pomysł na koniec?

Mogę zacytować klasyka: „chciałbym umrzeć w pozycji wyprostowanej, samotnie, w jakimś schludnym hotelu”.

« Kontakt »

Organizacja koncertów, kontakt impresaryjny:
Piotr Ferster
tel.: +48 601 459 818
piotr@piotrferster.pl
www.piotrferster.pl
Producent wykonawczy oraz impresariat projektu i koncertów „7 widoków w drodze do Krakowa”:
Michał Turnau
tel.: +48 607 390 337
michal.turnau@gmail.com
Opiekun strony i profilu na facebooku
Tomasz Pilarski tomek@turnau.pl

Dokumentacja nagrań i archiwum
Wiktor Czajkowski wiktor@turnau.pl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookies. Więcej informacji: Polityka prywatności i plików cookies
projekt: AK | realizacja: Kreujemy.pl