Turnau pyta Manna

5 stycznia 2011Aktualności







Grzegorz Turnau: Rozmawiamy w Trójkowym saloniku, ale przed chwilą miałem sesję w S4, radiowym studio na Woronicza. Do niedawna było „Schengen” – między budynkami telewizji i radia można się było swobodnie przemieszczać, a nawet wzajemnie korzystać z bufetów. Teraz są zasieki, mury, osobne wejścia. Podział niemal symboliczny, wbrew modzie na „pokazywanie” radia. Gdzie według Ciebie dzisiaj kończy się radio, a zaczyna telewizja?


Wojciech Mann: U mnie w głowie te podziały są bardzo wyraźne. Może dlatego, że niespodziewanie stałem się człowiekiem z innej epoki, buntuję się przeciwko idei telewizji w radiu i radia w telewizji. Wiem, że jest taki pomysł, realizowany dużymi środkami, ale nie wiem, po co. Już to powtarzałem w różnych konfiguracjach: radio to są czary, a telewizja to kawa na ławę.


Te granice zostały naruszone w dużej mierze przez internet. Do tego potwornego, światowego wora wrzucono wszystko, przemieszano radosne amatorstwo z zawodowstwem. Możesz nagrać prywatną audycję, własny programik telewizyjny, zmontować to z Gary Cooperem, wrzucić do sieci i będziesz miał swoje dzieło. 


Podobnie jak płytę, którą możesz nagrać w domu. 


Jeszcze niedawno ktoś się szczycił, że w domu ma studio, a teraz każdy, kto ma laptopa, to ma studio de facto. Domu mieć nie musi. 


Pytałeś mnie o granice. Granica jest w głowie u człowieka, który świadomie chce lub nie chce odzierać radia z jego tajemnicy. A jeśli o mnie chodzi: ja sam siebie kiedyś tam „odarłem”, wstępując na ścieżkę nieanonimowości. Paru kolegów tego nie zrobiło i do dzisiaj są „głosami”, a ja sobie powiedziałem: „No trudno, to już niech lepiej wiedzą, jak ja wyglądam”. I klamka zapadła.


Pamiętasz piosenkę Donalda Fagena „The Nightfly” o nocnym radiowcu ze złamanym sercem? Myślę o radiu jako o takim bunkrze, azylu, schronie… Czy po tylu latach, mimo rozlicznych zajęć i bycia bardzo rozpoznawalnym człowiekiem, traktujesz jeszcze radio w kategoriach bunkra?


Powiem Ci coś, o czym chyba jeszcze nigdy nie mówiłem. Po pierwsze: tak, radio jest bunkrem, jest dla mnie pewnego rodzaju „inną rzeczywistością”, innym światem w ogóle. Kontakt z odbiorcami – teraz intensywniejszy niż kiedykolwiek, bo są maile, sms-y, telefony – odbywa się dla mnie cały czas na tej samej płaszczyźnie, drastycznie różniącej się od występu estradowego. Na estradzie mogę sobie popatrzeć na pierwszy rząd, zobaczyć faceta, który ziewa, ładną panią, która się we mnie wpatruje z zachwytem, i to jakoś na mnie działa. Natomiast w radiu ja sobie tych ludzi wyobrażam sam, zapewne tak jak oni mnie. To jest sprzężenie zwrotne. I mam ogromną przyjemność z tego, że ja sobie ich wyobrażam, a potem na podstawie głosów, które otrzymuję, wyobrażam ich sobie jeszcze bardziej. Ale pewnie bym ich nie chciał spotkać, żeby nie unaocznić sobie tego wszystkiego – to taka książka bez obrazków. 


Może też być odwrotnie: ja sobie wyobraziłem kogoś nie tak pięknie, jak on naprawdę wygląda, ale to moje wyobrażenie jest mi bliższe. Ja w radiu żyję w takiej bańce, która jest w sumie fantazją.


Mimo tylu lat?


Absolutnie tak.


Czyli jest jakaś gra emocjonalna między Tobą a tym kimś…


To jest schizofrenia: i wszyscy, i ten jeden, do którego czasem mówię czy reaguję na jego głos.



W wywiadzie z panem Jeremim Przyborą (człowiekiem radia, a później dopiero telewizji), który przyszło mi przeprowadzić dla „TP” w 2003 r., na pytanie, czy Starsi Panowie nie próbowali zrobić wersji estradowej kabaretu, pan Przybora odpowiedział, że tzw. bezpośredni kontakt z publicznością to coś, czego najstaranniej w życiu unikał. Ta rozmowa też odbywa się dla „TP”. Wiszą nad nami groźnie duchy Turowicza, Stommy, Pszona, a może nawet Kisiela czy Słonimskiego. Czy Wojciech Mann czytywał ,,Tygodnik” w czasach, kiedy było to jedyne pismo uznawane za legalnie opozycyjne?



Właśnie wtedy bardziej go czytywałem…


A zaczynałeś też od Kisiela?


Tak, oczywiście. Pamiętam również rubrykę „Obraz tygodnia”. To była właśnie szkoła czytania tego, co jest nienapisane. Tak, ,,Tygodnik” był ważny, chociaż nie ukrywam, że przy moim zainteresowaniu rock and rollem poważniejsze artykuły wydawały mi się trudne do ogarnięcia, więc spore luki powstawały. 


Ale była ta przestrzeń świetnego felietonu. 


Oczywiście. Bardzo po mojej myśli była walka Stefana Kisielewskiego o gorące kiełbaski sprzedawane na ulicach, ponieważ jestem zwolennikiem dobrej, gorącej kiełbasy. 


No, to przyjedź nocą pod Halę Targową w Krakowie. Byłeś redaktorem „Non Stopu”, dodatku do „Tygodnika Demokratycznego”. Co byś zrobił, gdyby zaproponowano Ci teraz stanowisko redaktora naczelnego dodatku do jakiejś poważnej gazety, np. „Tygodnika Powszechnego”?


Teraz mnie zażyłeś. Do momentu, kiedy powiedziałeś ,,Tygodnik Powszechny”, odpowiedź miałem gotową: „Dziękuję, nie”. Ale nie dlatego, że mam jakąś odrazę. Ja już jestem na takim etapie, że mi się wielu rzeczy nie chce robić, nie bardzo chcę walczyć o coś jeszcze ekstra. Przez całe życie ciekawość kazała mi wstępować w miejsca, które niekoniecznie musiałem odwiedzać. Natomiast ,,Tygodnik” jest jednym z takich haseł, które są dla mnie imponujące, szlachetne, jakieś takie specjalne. I tu bym się pewnie wahał, a potem bym się też nie zgodził, ale ze strachu. To się łączy z niesłychanym praktycznym obciążeniem.


Pisujesz przecież felietony, masz stałe rubryki…


Ta regularność jest zabijająca zupełnie. 


A gdyby to było Twoje własne pismo, tak jak miałeś z Krzysztofem Materną własne radio? Takie pismo, które sam wymyślisz?


Ochota byłaby, gdybym zdołał, tak jak w przypadku Radia Kolor, zebrać zespół. To by mogło mnie zachęcić. Chociaż podejrzewam, że żona by mnie znienawidziła, bo bym znowu na jakąś głęboką wodę się pakował.


Czy po wszystkich konwulsjach politycznych, jakich doświadcza Trójka, nie chciałbyś stworzyć własnego bunkra, jakiegoś radia a` la Lester the Nightfly, Radia Mann?


Bardzo poważnie zastanawiałem się, czy nie zrezygnować ze współpracy. Ale nie wszedłem jeszcze na ten schodek, na którym bym myślał o swoim radiu. Raczej myślałem: „To dobrze, odpocznę i będę pracował trochę mniej”. Ale podszyte to było wielkim strachem i niepokojem, że nie będę miał radia w moim życiu! Szczególnie tego, które tak lubię. Być może niepotrzebnie się upubliczniałem z tymi poglądami, bo zaraz oczywiście usiłowano mi przykleić jakąś polityczną łatkę. Ale jakoś to przetrzymałem, z paroma kolegami.


Chyba się udało…


Bardzo się udało, jest spokojniej. 


Widziałem wczoraj w TVP Kultura Waszą z Grzegorzem Wasowskim „Archiwizję”. Pokazywaliście film dokumentalny o realizacji „60 minut na godzinę”. To czasy mojego dzieciństwa – jak mawia klasyk – w sensie ścisłym. Moim idolem był Kolega Kierownik Fedorowicza. Czy Ty, jako satyryk radiowy, a potem telewizyjny, miałeś jakieś wyraźne wzory, idoli?


Idoli miałem szereg, ale od razu dodam – może troszkę sam się chwalę? – zawsze miałem niesamowitą kontrolę i niechęć do kopiowania, do podbierania rzeczy. Moich idoli szukałbym w rejonach starego kina niemego, slapsticku, tych wszystkich wygłupów najróżniejszych Busterów Keatonów, Haroldów Lloydów i innych, że nie wspomnę o Chaplinie. A potem, w Polsce, to właściwie niewiele tego jest… Ale biblią pozostaje „W oparach absurdu” Słonimskiego i Tuwima, na pamięć znam do dzisiaj obszerne fragmenty. Później Jerzy Dobrowolski. 


Ale bardzo nie chciałem nikogo naśladować. Natomiast to, że w ogóle zrobiłem krok w stronę kabaretu czy żartu, wynikało z tego, że zawsze mnie drażniła koturnowość, nadęta powaga radia, szczególnie w tamtych latach. Podszyta strachem, cenzurą, jakimiś kontrolami. Jak zaczęliśmy się wygłupiać na własny użytek, a potem zobaczyłem, że Grzesiek Wasowski też ma taką iskrę w oku (bardzo poważną), i w radiu zrobiliśmy zupełnie od czapy jedną czy drugą audycję, to poczułem się jak ryba w wodzie. I tak to wyszło – ale „odsiebnie” w dużej mierze.


Daliście początek kulturze kabaretu bez żelaznej puenty, zbudowanego na szkicach, pomysłach, improwizacji, która nie zakładała salw śmiechu i rechotu w finale, tylko poczucie odklejenia od rzeczywistości. W książce ,,RockMann” piszesz pięknie o współpracy z Jeremim Przyborą. Jest tam też reprodukowany rękopis „Chłopców przedwojennych” – tej samej piosenki, którą pan Przybora dołączył do wywiadu w „TP”. Nie wiem, czy wiesz, co nas trzech łączy: pana Przyborę, Ciebie i mnie?


Ale nie sztruksowe spodnie?


Te z MdM-u? Pamiętne wizyty rezydenta Przybory i dialogi z Piotrem Machalicą… Nie, tu nie chodzi o brązowe sztruksy, tu chodzi o anglistykę. Ty skończyłeś, pan Przybora nie skończył, ja też – powiedzmy: z szacunku do Niego… – nie skończyłem. Ale zmierzam do przekładów. Sam pisałeś angielskie teksty piosenek, tłumaczyłeś polskie przeboje, masz stałą kolumnę w „Dużym Formacie”, gdzie filologicznie przekładasz ciekawsze utwory. Co sądzisz o próbach tłumaczeń rzeczy, które są legendą? Sam w liceum, pragnąc zaimponować koleżance, miałem takie wzloty: 

„Śniłem sobie o przeszłości / serce biło szybko mi / 

zaczynałem tracić panowanie nad sobą / zaczynałem je tracić…”. Poznajesz?


Już po pierwszym wersie, oczywiście „Jealous Guy” Lennona. Nie ukrywam, raz na jakiś czas korci mnie, szczególnie jak mi się to w głowie układa, żeby zrobić taką wersję „do zaśpiewania”. 


Ale przyznasz, „Każdy oddech twój” nie spełnia marzeń. 


To dotyczy nie tylko piosenek. Przekłada się to na wszystko. Niedawno rozmawiałem o tłumaczeniach. Na piedestale postawiony jako tłumacz Maciej Słomczyński zrobił z ,,Alicją w Krainie Czarów” coś, co jest zatłuczeniem całej magii tej książki. Natomiast Antoni Marianowicz, który zrobił to po swojemu (oszukując trochę), uzyskał efekt fantastyczny, który do dzisiaj się pamięta. Książka Słomczyńskiego jest niezwykle wierna oryginałowi i nie ma śladu tego czaru. To są rzeczy niezwykle zawiłe. 


Pamiętam, jak na studiach, których nie skończyłeś, otrzymaliśmy zadanie przetłumaczenia fragmentu „Raju utraconego” Miltona. Wybrałem fragment i, mając już jakieś doświadczenia, postarałem się to zrobić porządnie. Żeby metrum było, żeby wszystko pięknie się zgadzało. I dumnie przeczytałem to na zajęciach. Grupa oczywiście zachwycona, że komuś się zachciało tak to robić. A prowadzący zajęcia wyciągnął polskie tłumaczenie „Raju utraconego”, chyba z XIX wieku, zrobione przez nieznanego mi pana, które było tak genialne, że szybko podarłem tę moją kartkę. 


Tu pojawia się w tle książka, którą uważam za jedną z najgenialniejszych książek o poezji – „Ocalone w tłumaczeniu” Barańczaka, który na setkach przykładów pokazuje, jak można, a jak nie należy tłumaczyć. Kiedyś był taki termin „spolszczenie” i w tym sensie rozumiem, że Marianowicz „Alicję” dla Ciebie spolszczył, a Maciej Słomczyński przełożył. Ale oczywiście Barańczaka znasz, czytałeś jego przekłady Beatlesów. Lubisz poezję absurdu?


Uwielbiam.


Czy pisujesz czasem, poza wymienionymi w książce tekstami, np. limeryki? Bawisz się w takie historyjki? 


Pisywałem, część mi zaginęła, mam jakieś dwa czy trzy gdzieś tam schowane, których do dzisiaj się wstydzę pokazać synowi. Lubię czasem coś napisać. 


Chciałbym jeszcze wrócić do tłumaczeń. Niezależnie od Barańczaka, jeżeli ktoś chce naprawdę się zagłębić w nieprawdopodobną zupełnie krainę zabawy słowem, ale do tego jeszcze niesamowitej wiedzy, to musi przeczytać ,,Pegaz dęba”. Ja to dopiero niedawno wziąłem do ręki tak naprawdę świadomie i powinienem właściwie rzucić wszystkie moje prace związane z językiem, widząc tę niesamowitą maestrię. 


W ogóle: nie mam słów. I dlatego trochę się wstydzę moich wierszyków. Nawet niedawno któreś z pism zapytało mnie, czy bym nie wziął udziału w przysyłaniu krótkich tekstów tego rodzaju. Wskrzesiłem na tę okoliczność postać, którą wymyśliłem kiedyś do radia: Żelaznego Karła imieniem Wasyl. Napisałem jedną czy dwie historyjki, niestety odpowiedzi nie było żadnej, więc zarzuciłem to. Choć lubiłem tego bohatera, bo to był absurd taki… okrutny. Żelazny Karzeł miał różne przygody i zawsze na końcu ginął straszliwą śmiercią. I to mnie kręciło.


To może byś użyczył ,,Tygodnikowi” chociaż jednego Karła?


Dobrze.


W książce „RockMann” jest kilka Twoich rankingów: najsmutniejsza piosenka, najgłupsza, o najwyższym stopniu okropności. I przeczytałem, że „Eleanor Rigby” Beatlesów jest uznany przez Ciebie za jeden z najbardziej dołujących utworów. Domyślam się, że chodzi o funeralność całej tej historii. Ale jest to równocześnie – mimo tak skromniutkiego aranżu – niebywale intrygujący, energetyczny numer! Czy byłeś kiedyś na koncercie McCartneya albo któregoś z chłopców?


Niestety nie. Ta piosenka kojarzy mi się bardzo z sekwencją z filmu ,,Yellow Submarine”, która też jest taka nie bardzo pełna kolorów. I tak ją zapamiętałem. 


Wersję koncertową – a miałem szczęście taką słyszeć, widzieć i opisać dla „Tygodnika” – zapamiętałbyś chyba inaczej. Zapytam więc o „koncert życia” Wojciecha Manna.


Jeśli chodzi o emocje, które przeżywałem, to muszę wskazać ten, o którym pisałem w książce, czyli „Wembley Rock’ n’Roll”. Tego się nie da normalnie opisać dzisiaj, kiedy patrząc na plakaty Open’era, masz światową czołówkę. A wtedy, nagle, wyjechałem z tej ludowej Polski i trafiłem na taki – za przeproszeniem – ołtarz Wita Stwosza na estradzie, kiedy wychodzą żywi, śpiewający, jeden po drugim. Tylko Presleya brakowało.


Okazuje się, że oni istnieli naprawdę…


Tak. Jerry Lee Lewis, Little Richard, Chuck Berry. To niesamowite zupełnie, i wszystko to widziałem, mogłem bliżej podejść, mogłem się pobujać z tymi Anglikami, wypić piwo, krzyczeć, słuchać. 


Niewola jednak zawsze trochę sprzyja rozwojowi marzeń i pewnych przeżyć, które wolność zamienia w oczywistość…


Jest takie angielskie powiedzenie: „The grass is always greener on the other side of the fence” – trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu. I teraz, kiedy płotu nie ma, to ta trawa jest wszędzie zielona, w podobnym odcieniu.


Ale czy to nie dotyczy też radia? Bycie jednym, jedynym „głosem” słyszalnym w późnych godzinach wieczornych budowało jednak nieprawdopodobny ołtarz temu „głosowi”, a dzisiaj…


Zastanawiałem się często nad tym, szczególnie pisząc tę książkę. Nie chciałem być przesadnie refleksyjny. Ale wciąż towarzyszy mi myśl, że być może w warunkach peerelu ta wyjątkowość bywała niezasłużona? Że wynikała tylko z tego, że to jest właśnie ten jedyny „głos”? A teraz – niektórym się to nie podoba – trzeba się postarać i pościgać, żeby w tym gąszczu stacji na tyle się wybić i utrwalić u słuchacza, by wrócił właśnie do ciebie. I to jest coś.



Na stronie 168 Twojej książki jest zdjęcie z pewnego festiwalu. I piszesz tam: „niektórych festiwali nie pamiętam”. Jestem niemal pewien, że to jest XX Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie, który wygrałem jako 17-letni oszust. Udawałem studenta.


Ja miałem, Grzesiu, podejrzenie, że to jest to, ale nie byłem pewny. To było w hali Wisły?


Tak, Ty z Materną na tym festiwalu prowadziliście jakiś kabareton. A Festiwal Studencki został genialnie sparodiowany przez Janusza Józefowicza w „Big Zbig Show”. Czy nie tęsknisz czasem jeszcze za taką formą, za rodzajem teatru z improwizacją, czymś, co było nieodparcie śmieszne i „odsiebne”? Czy chciałoby Ci się jeszcze takie rzeczy robić?


Nie jestem zawodowym aktorem, w związku z tym nie znoszę powtórek. Nudzi mnie sztampa. W tym cyklu w Buffo, Józefowicz się w ogóle do tego nie wtrącał, byle tylko rama została zachowana. Po to, żeby się nie nudzić, zmieniałem tekst prawie na każdym przedstawieniu.


„Gotując” kolegów…


Tak, co mnie jeszcze bardziej kręciło i było strasznie śmieszne. Monolog o żołnierzu, potem taka scena z samochodem w jednym z odcinków, kiedy wymyślałem różne przygody, które się łączyły z osiągnięciem potwornej szybkości „mikrusem”. To było zabawne. I niedawno poczułem podobny dreszczyk, kiedy gościnnie wystąpiłem w czymś, co się nazywa ,,Spadkobiercy”. Oni tam z bomby zapraszają gościa, który dostaje rolę, nic nie wie i musi się odnaleźć. To mi przypomniało tamte występy i łączność z widownią. I znowu taką chęć, żeby ich kupić. Gdyby się jeszcze coś takiego gdzieś stworzyło, to może bym pomyślał o tym.

Ale najważniejsze było to, że myśmy wtedy wspólnie, niemal jednakowo to rozumieli, nie było czegoś w rodzaju: „przychodzę, odrabiam i idę do domu”. To było świetne. I Magda Umer łącząca to wszystko…


A na koniec z zupełnie innej beczki. Czy jeździsz czasem do Lwowa?


Czasem – jeśli „czasem” uznamy za „rzadko” – to tak. Ostatni raz byłem w zeszłym roku. 


Wiem, że Twoja rodzina jest ze Lwowem związana…


Tak.


Moja, ze strony ojca, też. I tak pomyślałem, że… może się znali?


Mogli się znać. Ja tam jeżdżę i jestem za każdym razem tak samo przejęty, kiedy widzę dom zbudowany przez mojego dziadka.


Przy której ulicy?


Ona oryginalnie nosiła we Lwowie nazwę Potockiego, potem się nazywała Puszkina, co

mnie cieszyło (mogła być Stalina). Ale potem Puszkin już się okazał niesłuszny i teraz ulica nosi imię jakiegoś ważnego ukraińskiego człowieka. I ten dom właśnie został przez nich teraz podzielony na 4 czy 5 mieszkań. Ale właściwie jest tak, jak moja mama mi opisywała. 


Moje marzenie związane z Unią: wsiąść w samochód w Krakowie i bez kontroli, czyli w ramach Schengen, dojechać do Lwowa autostradą.


Boję się, że prędzej dożyjesz Schengen niż autostrady.


rozmawiał GRZEGORZ TURNAU

« Kontakt »

Organizacja koncertów, kontakt impresaryjny:
Piotr Ferster
tel.: +48 601 459 818
piotr@piotrferster.pl
www.piotrferster.pl
Producent wykonawczy oraz impresariat projektu i koncertów „7 widoków w drodze do Krakowa”:
Michał Turnau
tel.: +48 607 390 337
michal.turnau@gmail.com
Opiekun strony i profilu na facebooku
Tomasz Pilarski tomek@turnau.pl

Dokumentacja nagrań i archiwum
Wiktor Czajkowski wiktor@turnau.pl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookies. Więcej informacji: Polityka prywatności i plików cookies
projekt: AK | realizacja: Kreujemy.pl