Silly Love Songs

12 marca 2012Aktualności

 "Jak ja to mówię: ciągnie wilka do lasu" – powiedział znajomy, wytrawny szofer, po wysłuchaniu albumu "Kisses on the Bottom". Była noc, wracaliśmy z występu w Łowiczu. Przez Brzeziny, Rokiciny. Jeszcze rano przeczesywaliśmy Youtube w poszukiwaniu najbardziej wiarygodnej wersji "Łowiczanki". I sprawdzaliśmy, czy "dunder świśnie" znaczy tyle, co "szlag trafi". A potem noc: za szybą auta odwiecznie rozpoczęta i równie odwiecznie nieskończona inwestycja zwana Ojczyzną, a z głośników – "It's Only a Paper Moon"… 

Można to oczywiście ciągnąć dalej: że kiedy byliśmy mali, a wokół naszego bloku błotniste wzgórza, i z teczką, pod wiatr i pod śnieg z deszczem, wracaliśmy zdyszani ze szkoły, to tam, w bloku, w grundigu, czekała kaseta magnetofonowa, wcześniej skopiowana z bezcennej płyty winylowej, a na niej ten sam, i prawie taki sam głos, co teraz, w busie, w drodze z Łowicza. I że ten głos ani wtedy, ani teraz nie kojarzył się z naszą polską wierzbą. (O czym szumią wierzby)? Był głosem ze świata zabawniejszego; trochę z Peweksu, trochę z kosmosu. Można dodać jeszcze, że "Honey Pie", za którą tęsknił ów głos, była także i naszym marzeniem, i naszą tęsknotą, i naszym zaniedbaniem. Można przypominać sobie, jak pierwszy raz dopadła nas, niemęska podobno, łza – przy solówce waltorni w "For No One", i że waltorniście też chodziło o tę koleżankę z klasy "B", na sto procent. Można, można.

Gdzieś w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego głos spoważniał: "Bye bye, Blackbird". Oczywista aluzja, "pożegnanie z publicznością"? Nic z tych rzeczy, "Get Yourself Another Fool" – zaswingował nasz bus koło Radomska. Ale już w Częstochowie, przy "My Valentine", chłopcom z roczników 60. zrobiło się tak sercowo, że stanęli na stacji po zakupy.

"Kisses on the Bottom" to album ze słodkimi, nostalgicznymi coverami, umownie zwanymi "The Great American Songbook", nagrany przez artystę, który nikomu nie musi już niczego udowadniać. Artystę, którego własny "songbook" nie zmieściłby się w Buckingham Palace.

Za oknem migała resztkami śniegu mazowiecka, potem częstochowska noc, a ja przypominałem sobie, od jak dawna i jak konsekwentnie, jak wieloma "długimi i krętymi drogami" Paul McCartney szedł do tego albumu. Od pianina ojca, który uwielbiał i grywał te piosenki w ich liverpoolskim domu, przez takie piosenki jak "Martha My Dear", "When I'm Sixty-Four" czy "Michelle", aż do fortepianu Diany Krall, której po latach powierzył aranżację i wykonanie – wraz z zespołem – m.in takich klasyków jak "Always", "The Glory of Love" czy "More I Cannot Wish You". To jedyny w dyskografii McCartney'a przypadek, kiedy na niczym nie zagrał. Trudno nie zestawić tego z albumami "McCartney" (1970) i "McCartney 2" (1980), na których wykonał partie wszystkich instrumentów. Zawsze pracowity, ambitny i – co tu kryć – uwielbiający splendor, genialny eks-beatles tym razem nagrał tylko – i aż – swój głos. 

Wystarczy sprawdzić w sieci, w jak dobrej formie estradowej jest niestrudzenie koncertujący i nagrywający (poprzedni album studyjny "Memory Almost Full" ukazał się w 2007 roku), 70-letni Sir Paul. Ja sprawdzałem organoleptycznie 9 lat temu, na jego świetnym koncercie w Wiedniu. Pisałem wówczas w "TP", że da się ufarbować fryzurę, ale głosu nie. Dziś, po powrocie z Łowicza, i wysłuchaniu w drodze "Kisses…", stwierdzam, że się da. Ale z jakim skutkiem! McCartney śpiewając sprawia wrażenie autentycznie wzruszonego czystością własnych intencji. Śpiewa nad kołyską, śpiewa tak, żeby nie zbudzić, jeśli aniołek już zasnął. Śpiewa nad swoim własnym dzieciństwem, po prostu śpiewa nad samym sobą, siedzącym przy pianinie taty, poznającym dopiero tajemnicze energie w piosenkach drzemiące, nad sobą nie mającym pojęcia o dalszym ciągu. Jeśli komuś brakuje w tym wykonaniu ironii, dystansu, pastiszu, cudzysłowu – niech nie szuka, bo nie znajdzie. Jeśli pewna staroświecka naiwność w głosie niemłodego już rockmana wydaje mu się pretensjonalna, niech sobie daruje. "Kisses on the Bottom" są płytą dla tych, którzy wierzą w to, że nie wszystko w teatrze i kinie jest na niby, i ta wiara jakoś, częściowo, pomaga im żyć. Jak w "Cierpieniach młodego Wertera": powinniśmy z dziećmi postępować jak Bóg z nami, który nas czyni najszczęśliwszymi, gdy pozwala nam wędrować po świecie w miłym złudzeniu”.

Paul McCartney jest – jak ktoś słusznie zauważył – dożywotnim kustoszem muzeum Beatlesów, ale równocześnie twórczym i – z różnym skutkiem – próbującym nadążyć za wartką, choć mętną rzeką mód, artystą. Przez te wszystkie lata, jakie minęły od pierwszych olśnień, zapominałem o nim często, nie porywały mnie "Give My Regards To Broad Street" czy oratoria. Wydawało mi się, że robi dużo muzyki "z proszku", muzyki "rozpuszczalnej". Że jego współczesne rosoły gotują się za szybko. Widziałem też jednak na własne oczy, jak wiele pozytywnej siły daje swojej widowni. I ile odbiera! A, tak na dobrą sprawę, zadaniem piosenkarza jest doprowadzenie do tego, żeby widz wyszedł z koncertu w lepszym humorze, niż przyszedł. Nie jest to, wbrew pozorom, aż takie łatwe.


You'd think that people would have had enough of silly love songs,

but I look around me and I see it isn't so.

Some people want to fill the world with silly love songs.

And what's wrong with that? 

I'd like to know, 'cause here I go again:

I love you.


"Silly Love Songs" to McCartney z czasów "Wings". Przyszła mi ta piosenka do głowy, gdy grałem sobie w domu "My Valentine" – jeden z dwóch premierowych, obok "Only Our Hearts", autorskich utworów na "Kisses"… Obie piosenki robią wrażenie takich, które już zawsze kiedyś były. I w tym także, a nie tylko w sile klasycznych refrenów i eleganckich solówek Claptona i Wondera, tkwi urok tej płyty.

« Kontakt »

Organizacja koncertów, kontakt impresaryjny:
Piotr Ferster
tel.: +48 601 459 818
piotr@piotrferster.pl
www.piotrferster.pl
Producent wykonawczy oraz impresariat projektu i koncertów „7 widoków w drodze do Krakowa”:
Michał Turnau
tel.: +48 607 390 337
michal.turnau@gmail.com
Opiekun strony i profilu na facebooku
Tomasz Pilarski tomek@turnau.pl

Dokumentacja nagrań i archiwum
Wiktor Czajkowski wiktor@turnau.pl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookies. Więcej informacji: Polityka prywatności i plików cookies
projekt: AK | realizacja: Kreujemy.pl