O Sikorowskim zwykła ballada

9 października 2009Aktualności


Będę śpiewał, dopóki starczy sił i głosu, bo nie chciałbym, by mi klaskano tylko za to, że potrafię wystać półtorej godziny przed mikrofonem – śmieje się „Malina”.

Kiedy narodził się Andrzej Sikorowski? W sensie ścisłym o odpowiedź łatwo – 10 października 1949 roku, a zatem jutro ma urodziny. A kiedy narodził się artystycznie?


Czy w grudniu 1970 roku, kiedy za piosenkę „Nowy Rok” dostał nagrodę na Studenckim Festiwalu Piosenki, wtedy noszącym inną nazwę? A może parę lat później, gdy on, polonista z uniwersytetu, pojawił się w kabarecie Wyższej Szkoły Rolniczej Pod Budą? Tu nie tylko spotka muzyków, z którymi stworzy Grupę Pod Budą, ale i przyszłą żonę Chariklię, córkę greckich emigrantów, co – choć jest faktem w pełni osobistym – bez wątpienia ma wpływ i na twórczość; po wielu latach, gdy ich córka Maja zacznie śpiewać zawodowo, ta dwukulturowość rodziny stanie się szczególnie widoczna.
A może należy przywołać inny fakt – zaśpiewaną w 1979 roku na festiwalu w Opolu „Bardzo smutną piosenkę retro”, bo to jej refren „Kap kap płyną łzy” pozwolił Sikorowskiemu i jego grupie trafić do masowej wyobraźni; zaistniał w niej ów pastisz z całą dosłownością, bez wpisanego w piosneczkę dystansu… Równo 30 lat temu podkreślała to nagroda ważnego wonczas pisma „Student”: „za przełamanie mitu o hermetyczności kultury studenckiej i wprowadzenie jej owoców w krąg masowych zainteresowań całego społeczeństwa; za osiągnięcie sukcesu w błahej na pozór sferze rozrywki bez rezygnacji z własnego programu intelektualnego i wysokiego poziomu artystycznego”. Zachowało to sformułowanie aktualność do dziś. Pozostać wiernym sobie, obranej estetyce, nie ulec pokusom coraz bardziej tandetnego muzycznego rynku – nie tak wielu potrafiło.

A może trzeba jednak cofnąć się o te sześć dekad, do krakowskiego domu pp. Donaty i Tadeusza Sikorowskich, domu, w którym Andrzej nasiąkał wartościami i przymiotami tak potem wyraziście objawianymi w jego piosenkach.
– Cenię tradycję, bo jestem strasznym mieszczuchem, wychowałem się w czynszowej kamienicy w środku miasta, z tradycji staram się ocalić to, co w niej wartościowe – szacunek dla rodziny, kodeks moralny, odrzucam to, co w niej płaskie, kołtuńskie, co zalatuje kruchtą… – mówi.
Właśnie dom jako przystań, jako oazę, opiewał w kolejnych piosenkach. O cieple rodzinnego domu rodziców mówił niejednokrotnie; o świętach Bożego Narodzenia z prawdziwą choinką, z kolędami śpiewanymi do ostatnich zwrotek. I o mandolinie, na której jako chłopiec uczył się grać w mieszkaniu Tadeusza Lubańskiego, pośród obrazów Zofii Stryjeńskiej, z domu właśnie Lubańskiej… Temu światu „między strychem a piwnicą, w jakiejś starej kamienicy”, z bibelotami, jak filiżanka z niegdysiejszej ballady, opiewanemu w piosence „Naftalinowy świat” pozostaje wierny. Może nawet stąd bierze się niechęć do komputera, z którego wciąż nie korzysta…?

Z rodzinnego domu wyniósł Andrzej spokój, optymizm i ciepło, z których zbudował świat swych piosenek; jeśli nawet kapią w nim łzy, pozostaje on pogodny i harmonijny. A świat realny? Cóż; „jest taki, a nie inny, i zapewne się nie zmieni”, zatem „zamknij oczy, nie patrz na to moja miła /pod powieką znacznie lepsze są obrazy” – jak radził w piosence „Nie patrz na to, miła”.
A może narodziny Sikorowskiego nastąpiły później, gdy z „młodszym o maturę” Grzegorzem Turnauem zaapelował „Nie przenoście nam stolicy do Krakowa”, umacniając tym samym pozycję obrońcy krakowskiej, a może lepiej – krakauerskiej tradycji? Tradycji miasta, w którym chodzi się „z księżycem w butonierce”.

Przed laty, gdy trafił do „Galerii pięćdziesięciolecia”, stworzonej przez redakcję prawdziwego (czyli krakowskiego) „Przekroju”, także podkreślał swą „krakowskość”, swą słabość do galicyjskiej tradycji, przyznając, że lubi, gdy gdzieś w Polsce jest zapowiadany: „A teraz Andrzej Sikorowski z Krakowa”.
Zapędziłem się w czasie; pominąłem tak ważny etap, jak studia polonistyczne, które Andrzej wybrał skończywszy Liceum im. Sobieskiego. Przydały się bez wątpienia komuś, kto będzie przez całe życie pisał, nie przestając być pożeraczem książek. I choć niezmiennie mówi, iż „komponował Chopin, koncertuje Zimmerman, a ja występuję na estradzie i układam melodyjki”, i wzbrania się przed określeniem „poeta”, to przecież wystarczy lektura jego tomików, by znaleźć argumenty, że jest inaczej. A zresztą, czyż o „tekstach” mogłaby powstać praca magisterska „Konwencje antropologiczne w twórczości Andrzeja Sikorowskiego”, a taką obroniła absolwentka polonistyki Uniwersytetu Śląskiego… Niemniej Sikorowski mówi wciąż o swych literackich dokonaniach „tekściarstwo” lub co najwyżej mikroliteratura. Gdy niedawno w sympatycznej Cafe Caroline, chcąc sprowokować Andrzeja do zwierzeń na temat jego fascynacji literackich, przywołałem postaci Osieckiej, Młynarskiego czy Kofty i wyraziłem sąd, że jest, jak oni, osobny, wywołałem wielkie brawa słuchaczy. A Andrzej dodał, że ceni też bardzo Przyborę za jego salonową finezję i dorzucił Gałczyńskiego, w którym kiedyś się zaczytywał. I szybko dodał, że on jedynie bacznie obserwuje życie. – Nigdy nie napisałem piosenki, która jest próbą zgłębienia tajemnicy bytu, gdyż nie mam pojęcia, jak tę tajemnicę przeniknąć. Natomiast na autobusie, knajpie, ulicy znam się nieźle całkiem…

I właśnie życie przejęło od Sikorowskiego jego zwroty z piosenek – jak „idziemy na całość”, ów hymn poranka, gdy „głowa ciężka, leciutkie kieszenie”.
A jeśliby dodać i to, że prof. Henryk Dybiec z AGH, specjalista od metali ciężkich, lubi do swych prac i wykładów wtrącać cytaty z piosenek Andrzeja…
Oczywiście, zmienił się przez te dekady sam artysta; nabrały innych barw jego piosenki. Ongiś skupiał się na okruchach codzienności i poprzez nie oddawał nasze powszednie radości, wzruszenia, potem, gdy PRL zamieniła się w RP, dorzucił spojrzenie satyryczne, kąśliwie śpiewając o koleżkach zachłyśniętych kapitalizmem, okpił paplaninę tok szoł. Że ironii z latami Sikorowskiemu przybywa, dowodzi i prowadzony na tychże łamach jego „Dzienniczek Polski”, w którym nie brak uszczypliwej nieraz dosadności w ukazywaniu głupoty i ludzkiej małości.

Ostatnia dekada odkryła jeszcze innego Sikorowskiego – poważnego i uważnego komentatora życia, także samego siebie.
– Te 10 lat dały Andrzejowi więcej powodów do poważniejszej refleksji; satyryk ustąpił miejsca autorowi, który komentuje swój stosunek do świata bardziej wprost, nie poprzez fabuły. Stąd jego wyznania dotyczące relacji z drugim człowiekiem, z Bogiem, z instytucją Kościoła. Andrzej nie kryjący, że jest człowiekiem niewierzącym jest zarazem kimś głęboko – w moim pojęciu – zakorzenionym w chrześcijaństwie. To taki pan, który księdzu się nie będzie kłaniał, pacierzy nie odmówi, natomiast w relacji z drugim człowiekiem spełnia znacznie więcej wymogów dobrego katolika niż przeciętny uczestnik regularnych nabożeństw – mówi Grzegorz Turnau, który od 2000 roku prezentuje z Sikorowskim „Pasjans na dwóch”, program, w którym poza wspólnie wykonywanymi piosenkami z „Nie przenoście…” na czele, każdy z nich przedstawia własne, nieraz mniej znane, osobiste piosenki.
Bo religia rumiany kolego
To nie taca i rewia pacierzy
Ale wiara w drugiego bliźniego
I nadzieja że on też tak wierzy
– śpiewa Sikorowski.
– Mówię o tym, bo Andrzeja postrzega się przez pryzmat wielu dawnych hitów i jadowitych piosenek typu „Tok szoł”, a rzadziej się zwraca uwagę na ton poważniejszy, który obserwuję, podróżując z nim w ciągu tej dekady – kontynuuje myśl Turnau.

A jednocześnie jest Andrzej Sikorowski od lat kochającym życie hedonistą, co oddaje choćby piosenka „Jeść, pić, kochać”… – Prawda, jakie to jest przyjemne? – lubi rzucać retorycznie, gdy wybrzmi ostatni refren.
– Mam do życia stosunek mocno konsumpcyjny, jestem entuzjastą życia, lubię podróżować, dobrze zjeść, pić, spotykać się z ludźmi w sytuacjach towarzyskich – nie kryje.
Gdybyż wypadało upublicznić rozmaite biesiadne anegdoty…
– Nie mam śmiałości i nawet nie będę próbował przytaczać anegdot o Mistrzu; on sam jest kopalnią dykteryjek i wspomnień, zdobywanych podczas swych licznych peregrynacji, kolekcjonowanych na „wielkich rautach albo fetach proletariatu…” – mówi Jacek Królik, wyborny gitarzysta, który pojawi się i na najnowszej nagranej w trio płycie Sikorowskiego.

Zatem dajmy pokój anegdotom, zwłaszcza że krakowski bard
zaczął pisać wspomnienia estradowca. Ujmie w nich pewnie i początki, gdy w trio z braćmi Dziedzicami wystąpił w grudniu 1970 roku na krakowskim festiwalu, i późniejsze związki z krakowską telewizją, występy w „Spotkaniach z balladą”, a i epizody dziennikarskie, choć ostatecznie w ślady ojca nie poszedł, i przyjście do kabaretu Pod Budą, gdzie zaprosił go Bohdan Smoleń. I pewnie odda swój stosunek do estradowej profesji, traktowanej bez zadęcia.
– Nigdy nie dorabiałem do tego żadnej ideologii, po prostu robię to, co sprawia mi przyjemność i pozwala się utrzymywać na dobrym poziomie, a tym samym sprzyja całej masie przyjemnych rzeczy, w tym podróżom – mówi Andrzej.

Minione 10 lat były zarazem dekadą Figi, otrzymanej od żony i córki na 50. urodziny bokserki, z którą z opisaną (w „Piosence dla Figi”) radością chodził na spacery. Niestety, Figa niedawno odeszła i teraz jej pan już tylko staje nad jej grobem w ogrodzie. – Oni do siebie bardzo pasowali, Figa miała na mordzie wypisany taki sam hedonizm, jaki cechuje Andrzeja. Bo takie są boksery, ich pragnieniem jest, by nic przykrego się nie zdarzyło… – komentuje Grzegorz Turnau.
I oto sześćdziesiątka… A w roku przyszłym 40-lecie pracy artystycznej.
– Spędzić na estradzie 40 lat, włócząc się po kraju i świecie, to nie jest zły wynik. Fakt, że „Buda” przetrwała ponad 30 lat i to w składzie mocno stabilnym też jest czymś niebłahym, i to w wymiarze nie tylko polskim – mówi jubilat.

A zatem czas podsumowania?
– Przyjazny uśmiech losu towarzyszył mi cały czas. Moje życie się toczy syndromem Foresta Gumpa; jestem trochę piórkiem unoszonym przez wiatr wydarzeń, bo ja większości tego, co się zdarzyło w ramach mojej kariery w show-biznesie, nie zaplanowałem. I, co powiedziałem już w jednym z pierwszych wywiadów, nigdy nikogo o nic nie prosiłem. Tak się natomiast szczęśliwie składało, że jak nastąpił jakiś zakręt, jakiś moment, kiedy nie bardzo wiedziałem, co z sobą zrobić, to pojawiała się jakaś propozycja, pomocna dłoń, i znowu los się do mnie uśmiechał – mówi Andrzej.

Oczywiście faktem, który wiele rozstrzygnął, było wejście do kabaretu Pod Budą.
– Najpierw przyszła propozycja od Smolenia, potem, gdy kabaret się kończył, okazało się, że funkcjonujący w nim gitarzysta Jasiek Hnatowicz, z którym przypadliśmy sobie do gustu, ma podobne jak ja wyobrażenie o pisaniu piosenek. To on napisał wtedy najlepsze piosenki do moich tekstów, widać świetnie go inspirowały. I tak zrodziły się przeboje, jak „Blues o starych sąsiadach”, „Ballada o ciotce Matyldzie”, czy piosenki, które nie zostały przebojami, ale ja niezwykle je sobie cenię, jak „Naftalinowy świat” czy „O la ri ja”. Miałem też szczęście, że po moje piosenki sięgnęła Maryla Rodowicz…

W sferze artystycznej Andrzej Sikorowski
nie żałuje niczego.
– Może mógłbym mieć dwa razy więcej własnych płyt, ale czy to by się nie odbiło na ich poziomie?
I tak niemało tego. 10 premierowych płyt z Pod Budą, jedna firmowana własnym nazwiskiem, „Kraków Saloniki” nagrane wraz z córką Mają, sprzedane w 23 tys. egzemplarzy, „Pasjans na dwóch” z Turnauem, do tego jakieś ponad cztery tysiące występów, bo zdarzało się i 200 rocznie. – Według moich informacji, Andrzej jest rekordzistą w ilości zagranych koncertów w ciągu jednego dnia. Kiedyś udało mu się zagrać i zaśpiewać aż 9! Sądzę, że ta cyfra jest w stanie zaimponować nawet Zbigniewowi Wodeckiemu – usłyszałem od Jacka Królika.
I jeszcze piosenki pisane dla innych, by tylko „Polską Madonnę” stworzoną wspólnie z Agnieszką Osiecką przywołać.
Zatem wszelkie żarty i autoironiczne komentarze o lenistwie w stylu: „Jak ja się świetnie znam na nicnierobieniu. Do jakich bym doszedł rezultatów, gdyby mi nie podcinano skrzydeł”, co jest aluzją do poczynań Frani, jak zwraca się do żony – są jeszcze jednym przejawem Andrzejowej radości życia.

Tej radości życia, która każe mu w ulubionym zakątku Grecji śpiewać z żoną i przyjaciółmi długo w noc, o czym pięknie opowiada Jan Wołek, uczestnik wielu takich biesiad. Bywało, że właściciel knajpki uspokajał ich, a okoliczni mieszkańcy zbiegali z prośbami, by występ nadal trwał.
Marek Tomczyk, gitarzysta „Budy” od 26 lat, opowiada, jak w Kolonii, w greckiej knajpie, „Malina”, jak mówią o Andrzeju koledzy, urodą nijak nie kojarzący się z mieszkańcem Hellady, płynnie w tym języku złożył zamówienie, a na finał, dostawszy gitarę, dał recital greckich piosenek.
Bo „Malina” pośród wielu zdolności ma i tę – do języków obcych, i do rysowania, i do pływania, dzięki czemu zażywa radości nurkowania.
– W zespole określamy Andrzeja Cyborgiem – zdradza Anna Treter. – Swój ogromny talent do wierszowania, o czym wszyscy wiedzą, potrafi ujawniać i w małych formach wymyślanych błyskawicznie przy okazji wpisów do ksiąg pamiątkowych, dedykacji na płytach, ale i przeinaczaniu wersów znanych przebojów, na ogół na tyle pikantnie, że odbywa się to jedynie w ścisłym gronie. Podziwiamy też Andrzeja zdrowie; tyle lat w trasie, nie ograniczając się specjalnie w jedzeniu i piciu, zachował taki wygląd i doskonałą formę fizyczną, że mógłby mu pozazdrościć niejeden młodzieniaszek. I jeszcze ma kalkulator w głowie, wszelkie mnożenie, dzielenie czy dodawanie w pamięci jest dla niego fraszką. Precyzyjnie oblicza w ten sposób honoraria, podatki i nie pamiętam, by kiedykolwiek się pomylił. W ogóle pamięć ma świetną; odtwarza sytuacje sprzed lat, konfiguracje towarzyskie, wspomnienia z tras czy wyniki meczów. Doprawdy nie wiem, gdzie on to wszystko gromadzi.
– Andrzej jest obdarzony tak szybkim procesorem, że bardzo trudno go zaskoczyć i nieraz podczas naszych występów moja zastawiona na niego pułapka okazywała się dziecinna, bo ripostował natychmiast – powie Grzegorz Turnau. – Bardzo chciałbym, żeby w takiej formie dożył mojej sześćdziesiątki i mógł się wtedy wypowiedzieć.
Jedyne, czego Sikorowski żałuje, to fakt, ma tylko jedną córkę.
– Zachowawczo z żoną do tego podeszliśmy… – mówi półżartem. – Ale też tamte czasy nie były zbyt pewne – dodaje jakby usprawiedliwiająco.
– Jestem fanem kobiet, uwielbiam rozmowy z nimi, jeżeli w życiu popełniłem jakiś błąd, to taki, że nie mam pięciu córek, bo najlepiej bym się czuł w domu, gdzie byłyby same baby… – dodaje ze swą radosną przewrotnością.

Od paru lat skupia się na Mai, wie, że
musi pomóc córce chcącej uprawiać piosenkę literacką. Sam też czerpie przyjemność z faktu występowania obok niej. Właśnie skończyli nagrywać drugą wspólną płytę – „Sprawa rodzinna”.
– Będę śpiewał dopóki starczy sił i głosu, bo nie chciałbym, by mi klaskano tylko za to, że potrafię wystać półtorej godziny przed mikrofonem – śmieje się „Malina”. – Zawsze bardziej mi odpowiadała rola śpiewającego autora, niż frontmana popularnej kapeli, którym wcale się nie czułem. Moje początki miały wymiar kameralny i chętnie wracam do takiej formy, pozwalającej wyeksponować to, co się śpiewa i o czym się śpiewa. Jestem kameralistą…
– Wciąż będziesz pisał piosenki dla Mai? – dociekam.
– Dopóki sprawia jej to radość jak i słuchającym, niech to czyni. Ale jeśli sytuacja się zmieni, tłumaczę Mai, nie załamuj się. Życie nie na tym polega, by rozdawać autografy. Nie to cieszy mnie przede wszystkim, że Maja umie śpiewać, ale że udało mi się jej wpoić głębokie przekonanie, iż nie musi być gwiazdą estrady, a może robić w życiu coś innego. Znam wiele koleżanek, mających wytapetowane złotymi płytami ściany i głęboko nieszczęśliwych, bo nie powiodło im się w życiu rodzinnym. A ja chciałbym, by moje dziecko było przede wszystkim szczęśliwe, a sława niech będzie w dalszej kolejności.

„Życie zaczyna się po pięćdziesiątce” – wyśpiewał Andrzej, gdy stuknął mu ten wiek. Miało to podwójny sens, bo wszak oznaczało i oczywistą miarę objętości. Co zaśpiewa jutro? Jaką miarką wzniesie toast teraz, gdy w myśl wskazań Unii nalewane są czterdziestki?
Czy znów pójdzie na całość? A potem zatroskanej Mai odpowie:
Zbytecznie sobie zawracasz głowę
I wszystkie troski córko daremne
Życie ogólnie jest niezdrowe
Ale cholernie przyjemne

« Kontakt »

Organizacja koncertów, kontakt impresaryjny:
Piotr Ferster
tel.: +48 601 459 818
piotr@piotrferster.pl
www.piotrferster.pl
Producent wykonawczy oraz impresariat projektu i koncertów „7 widoków w drodze do Krakowa”:
Michał Turnau
tel.: +48 607 390 337
michal.turnau@gmail.com
Opiekun strony i profilu na facebooku
Tomasz Pilarski tomek@turnau.pl

Dokumentacja nagrań i archiwum
Wiktor Czajkowski wiktor@turnau.pl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookies. Więcej informacji: Polityka prywatności i plików cookies
projekt: AK | realizacja: Kreujemy.pl