Może powinienem odpocząć – mówi GRZEGORZ TURNAU w rozmowie z Wacławem Krupińskim

17 maja 2009Aktualności

– Przeczytałem właśnie rozmowę z Tobą w „Tygodniku Powszechnym" i odniosłem wrażenie, że się upozowałeś na kogoś starszego…

– Dawno temu stałem w „Piwnicy" przy barze i nagle za plecami usłyszałem, jak Piotr Skrzynecki, wchodząc, parsknął tym swoim demonicznym chichotem. „O co chodzi, Piotrze?". – „Właśnie zobaczyłem cię jako starca" – odpowiedział. Więc być może już wtedy miałem skrzywienie, każące mi nadmiernie przejmować się upływem czasu.

– Ale gdzie Ci do starości, toż nie masz nawet 42 lat.

– Niemniej robię to, co robię, już 25 lat, a zatem więcej niż pół życia i może to mnie prowadzi na manowce użalania się nad swoim wiekiem. Bo jednak jestem już starym estradowcem.

– Że to już ćwierćwiecze pamiętam, wszak to i nasz jubileusz – to mnie udzieliłeś pierwszego wywiadu jeszcze przed Studenckim Festiwalem Piosenki, który wygrałeś w maju 1984 roku. Zastanawiałeś się, jak by się potoczył Twój los, gdyby nie ta nagroda?

– Wydaje mi się, że decydującym momentem nie był nawet festiwal, choć dzięki niemu zostałem zauważony i zaproszony do Piwnicy, tylko to, co stało się później – że nie zniechęciłem się do tego zajęcia. A mogłem. Bo następne pięć lat to nie był okres wytężonej pracy, ot, uprawiałem kabaretowy warsztacik na tyle, na ile mnie to bawiło i na ile akceptowali to starsi koledzy. I pomału zaczęło mi wszystko przeciekać przez palce… Decyzją, która przesądziła o moim dalszym losie, było nagranie pierwszej płyty. Gdybym tego wtedy nie zrobił, być może nie zrobiłbym tego nigdy i byłbym kimś innym; pewnie bym skończył studia, coś pisał, może zostałbym tłumaczem, bo i tym się parałem… Na pewno nie byłbym aktorem, bo nie jestem wystarczająco zaprzyjaźniony z własnym ciałem, choć wcześniej – jak wielu pretensjonalnych nastolatków – marzyłem o studiach w PWST. Ale też nie sądzę, bym umiał pracować w biurze.

– Jan Kanty Pawluśkiewicz powiedział kiedyś, że byłbyś „wnikliwym eseistą lub wybitnym wykładowcą literatury angielskiej".

– Naprawdę tak powiedział…? Słowo „wybitny" zarezerwujmy dla wyjątkowych umysłów, dla ludzi, którzy, co rzadkie, łączą wielki talent z wielką pracowitością. A u mnie ani wielkiego talentu, średni jakiś talencik, ani wielkiej pracowitości. A talent, jak mawiał Piotr S., może w każdej chwili wyfrunąć przez okno.

– A co dominuje?

– Pracowitość – nie, bardziej umiejętność. To, że byłem dobrze przyjmowany, dało mi pewność siebie – skłoniło do nagrania pierwszej płyty, później wyjścia z Piwnicy, by robić swoje.

– Czułeś już w młodości imperatyw bycia artystą?

– Na pewno miałem skłonności, za przeproszeniem, twórcze, dużo rysowałem, chodziłem nawet na kursy aktu, występowałem w teatrze szkolnym w V Liceum. I imponowało mi towarzystwo artystów…

– Znalazłeś się wśród nich, mając niespełna 17 lat -19 maja 1984 roku po raz pierwszy wszedłeś do słynnego kabaretu.

– Gdzie był Piotr Skrzynecki i piwniczni artyści, ale i – o czym warto pamiętać – całe środowisko z tym kabaretem związane; ludzie wielu profesji, talentów, to był taki uniwersytet podziemny, z którego, jak ktoś był czujny, mógł skorzystać.

– Skorzystałeś?

– Na tyle, na ile umiałem.

– I tak Cię życie poniosło…

– Gdy po maturze nie dostałem się na studia. Piwnica była znakomitą oazą. Były chwile, kiedy wydawała mi się miejscem ekscytującym, były i takie, że wydawało mi się, że mnie hamuje. Po trzech-czterech latach już mnie pewne rzeczy męczyły… Ale tak to już było (i chyba ciągle jest) z „Piwnicą". Kiedyś trzeba odejść. Ja też odszedłem, tak naprawdę trzy-cztery lata przed śmiercią Piotra. Dzięki temu mogę dziś mówić o kabarecie wyłącznie dobrze.

– A wczesne założenie rodziny, na które dawał Ci zgodę sąd?

– Zdarzyła się fantastyczna historia – pojawiło się dziecko w związku, który był szczęśliwy. Wszystko się stało w idealnym czasie; dostałem się na studia, wyjazdy z Piwnicą, w tym wielka podróż po Stanach, dawały perspektywę na przeżycie… To był ciąg szczęśliwych zdarzeń. A że wcześnie… W pokoleniu moich dziadków wchodzenie przez 20-letniego mężczyznę w dorosłe życie było czymś naturalnym. Z tej perspektywy patrząc – staroświecko postąpiłem.

– I tak szybko stałeś się samodzielny.

– Przede wszystkim chciałem być niezależny w śpiewaniu, w wymyślaniu piosenek; dlatego szybko skompletowałem sobie zespół. To pozwoliło mi w 1991 roku, gdy ktoś życzliwy, kto nigdy nie chciał być wymieniony z nazwiska, dał mi pieniądze, nagrać pierwszą płytę, a ściślej kasetę – „Naprawdę nie dzieje się nic". Do dziś pamiętani, jak te kasety zaczęły znikać z księgarni „Kalinka" przy Rynku; przynosiłem 2O, a pani za moment telefonowała z prośbą o kolejne. Z Brackiej nie miałem daleko… To mnie zachęciło do dalszej aktywności, która zaowocowała całą, jakże udaną dekadą.

– Dwa lata później ukazała się płyta, która przyniosła przebój „Cichosza", potem kolejna – „To tu, to tam", sprzedana w nakładzie po nad 220 tyś., teledyski w telewizji… Powiedz, co dalej? Masz pomysł na kolejne 25 lat? A może czujesz się zmęczony, wypalony?

– Nie wzbraniam się przed przyznawaniem się do okresów jałowych, jak pierwsze lata po festiwalu. I może teraz też powinienem odpocząć. Uświadomiwszy sobie, ile się zdarzyło od wydania albumu „Nawet" (2OO2) – pięć płyt, wliczając te nagrane z Andrzejem Sikorowskim i Wojciechem Malajkatem, muzykę do filmów, do teatrów, plus koncerty, które wiążą się z nieustannymi podróżami – stwierdziłem, że muszę jakoś rozsądniej planować ciąg dalszy. Przepraszam za porównanie – wierzę, że zostanie potraktowane ze stosownym dystansem – ale niedawno obejrzałem kapitalny film o Yehudi Menuhinie, który powiedział, że po zagraniu w 1937 roku 130 recitali przez następny rok odpoczywał. Bardzo mi się podoba taka koncepcja.

– „Chcę się skupić na pracy, zrobić jak najwięcej, póki jestem w dobrej formie, póki to jest pasja, a nie wyłącznie rzemiosło…" – mówiłeś mi 10 łat temu. I co – wciąż pasja, czy już rzemiosło?

– Jedynym warunkiem, by nie dopuścić do gehenny udawania piosenkarza, którym się już przestało być, jest stawianie sobie nowych zadań, udział w nowych przedsięwzięciach. Strach – czy dam radę? Tyle że to nie powinien być przymus wynikający wyłącznie z narzuconych terminów. Bo to nie jest tak, że cały czas lecę, uskrzydlony zachwytem nad sobą samym; za takimi artystami nigdy nie przepadałem, wolę tych, którzy są sami sobą odrobinę znudzeni, dla których zaśpiewanie nowej piosenki to nie jest radosne przeżycie, ale rodzaj pasji, jakiegoś trudu, a w każdym razie nie autoterapia.

– A problem z porażką masz?

– Pan Słonimski mawiał, a może to Tuwim?, że sukces to coś, czego przyjaciele nigdy ci nie wybaczą. Porażki więc dedykuję przyjaciołom, a sukcesy wrogom, choć nic bardzo się tym interesuję.

– Łatwo unikać porażek, gdy się ma wokół siebie tylu wspaniałych ludzi, tyle razy ich wymieniałeś – Maciej Słomczvński. Piotr Skrzynecki…

– …i Leszek Aleksander Moczulski, który nie tylko szczodrze obdarował mnie swą poezją, ale i pomógł w wyobrażeniu sobie tych piosenek, które miałem zamiar stworzyć… Leszek to bardzo ważna dla mnie postać. Jako jedyny napisał teksty do moich melodii, nie znając ich. Tak powstały piosenki na płytę „11:11". Zazwyczaj komponuję do gotowego tekstu – tu Leszek intuicyjnie dopisał słowa do istniejących już, ale nieznanych mu tematów. Dziwne, co? Podobnie jak Piotr Ferster, bo to on przed 25 laty usłyszał mnie podczas festiwalu i zaprosił do Piwnicy. A ja tego kompletnie nie pamiętam. 19 maja przypadnie rocznica. Wszedłem, wystąpiłem, dostałem różę i od razu usłyszałem od Piotra Skrzyneckiego: „Niech pan wpadnie za tydzień".

– Pewnie byś do Piwnicy prędzej czy później trafił, choćby poprzez zaprzyjaźnionego ze Skrzyneckim swego wuja Jerzego Turowicza.

– Pewnie tak, ale ile musiałbym antyszambrować. A tak szczęśliwie wszedłem na prawach laureata liczącego się festiwalu.

– W ogóle masz szczęście w życiu.

– Wygląda na to, że mam i coraz bardziej mnie to niepokoi, bo za wszystko się płaci.

– Powiedziałeś też przed bodaj 13 laty: „Jestem człowiekiem spełnionych marzeń". Ale nie uwierzę, że nie masz następnych.

– Mówi się, że w pewnym wieku powinno się mieć już nie tyle marzenia, co plany. Przyszedł mi ostatnio do głowy pomysł napisania jakiejś większej pracy o moim pradziadku Jerzym, który pisał powieści, był malarzem, właścicielem ziemskim, autorem kursów rolniczych we Lwowie. Byłaby okazja przyjrzeć się uważniej historii rodziny…

– Na wspomnianej już płycie „Nawet" śpiewasz słowami Bronisława Maja: „W życia wędrówce, na połowie czasu /straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi /w głębi ciemnego znalazłem się lasu. /Co jest przede mną? Co za mną zostało?" – odpowiadasz sobie na te pytania z okazji owego ćwierćwiecza?

– Bronek cytuje tu Dantego, więc stężenie patosu jest wystarczające. Poproszę Cię, Wacku, o spotkanie za 25 lat.

– Od jakiegoś czasu mówisz o płycie premierowej, tyle że czas jej ukazania się przesuwa…

– Właśnie z braku czasu…

– A nie jest aby tak, że wydałeś świetne płyty z piosenkami Starszych Panów oraz Marka Grechuty, lepiej przyjęte niż album autorski i teraz mając tak ustawioną poprzeczkę powinieneś nagrać coś szczególnego…

– Albo zupełnie nowego. Czyli muszę nagrać płytę, czyli wcześniej ją napisać, na co trzeba mieć czas i dobry pomysł. Kilka mam…

– Na przykład…

– Napisaliśmy z Michałem Zabłockim osiem nowych piosenek, są zupełnie inne od tych świetnie znanych, planujemy nagrać je z udziałem dodatkowego producenta, by dał nowe spojrzenie na nasze pomysły. Chciałbym, by płyta ukazała się już w październiku. Mam też, mglisty na razie, pomysł nagrania utworów opartych na młodzieńczych wierszach Stanisława Lema…

– Co sprawiło, że po latach ciszy, by nie rzec „Cichoszy", tandem Turnau-Zabłocki podjął współpracę?

– 10 lat temu dwóch dorosłych facetów przestało mieć ochotę i motyw, i chęć dalszego współdziałania, a teraz znowu ma. Nie jest to miłość, ale ciekawość, jak spółka autorska, która parę fajnych piosenek napisała, po latach się odnajdzie.

– „Sukces jest tak samo trudno przeżyć jak niepowodzenie, ale jeśli uwierzysz w sukces jesteś skończony" – rzekł Woody Allen. Zgadzasz się?

– Ja mam raczej skłonność do autodestrukcji i problemy z umiejętnością cieszenia się z tego, co mi się
udało. Zatem nie mam problemu z sukcesem. Jeśli już – to sukces ma problem ze mną.

« Kontakt »

Organizacja koncertów, kontakt impresaryjny:
Piotr Ferster
tel.: +48 601 459 818
piotr@piotrferster.pl
www.piotrferster.pl
Producent wykonawczy oraz impresariat projektu i koncertów „7 widoków w drodze do Krakowa”:
Michał Turnau
tel.: +48 607 390 337
michal.turnau@gmail.com
Opiekun strony i profilu na facebooku
Tomasz Pilarski tomek@turnau.pl

Dokumentacja nagrań i archiwum
Wiktor Czajkowski wiktor@turnau.pl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookies. Więcej informacji: Polityka prywatności i plików cookies
projekt: AK | realizacja: Kreujemy.pl