Kajetan Kurkiewicz: We wtorek zagra pan charytatywny koncert dla Fundacji Dom Autysty. Ale w Poznaniu koncertuje pan regularnie.

Grzegorz Turnau: Nigdy nie liczyłem, ale to chyba w Poznaniu – nie wliczając czasu, gdy co sobotę występowałem w Piwnicy – zagrałem najwięcej koncertów. Tu wszystko mi się zgadza. Nie mam żadnych bliskich poznańskich przyjaciół, ale nie czuję się tu jak w obcym mieście. I to tutaj w 1995 r. kupiłem sobie jedne z moich ulubionych okularów.

Mówił pan niedawno, że pierwsza pana poważna muzyka dla teatru powstała dla poznańskiego Teatru Animacji w 1996 r.

– To była muzyka do „Małej świnki” Janusza Ryla-Krystianowskiego.

Jak pan tam trafił?

– Jak to w życiu, kolega z zespołu był związany rodzinnie z animatorem z teatru. Miałem wtedy niewiele doświadczeń, ale muzyka się sprawdziła. I historia w pewnym sensie zatoczyła koło, bo zostałem zaangażowany przez Jarosława Kiliana, artystę, z którym współpracuję od dawna, do Teatru Lalka w Warszawie jako kierownik muzyczny. Zresztą do teatru lalkowego mam wielki sentyment, fascynowałem się tym jako dziecko.

Koncert dla Domu odbędzie się walentynki. Dla jednych to miłe święto zakochanych, dla innych potworny przeszczep komercji z Zachodu. Co pan o tym sądzi?

– Każda okazja do manifestowania czułości i serdeczności jest dobra. Nasz kraj obfituje raczej w skłonność do celebrowania tragedii i rozpaczy. A jeśli mamy szansę manifestować bliskość i miłość, to ja jestem za takim świętem. Więc nie czepiałbym się walentynek. Choć, o czym wiele młodych osób może nie wiedzieć, św. Walenty to postać tragiczna, a 14 lutego to dzień jego śmierci. Ale to nie znaczy, że nie możemy się cieszyć tego dnia.

Koncert na rzecz osób niepełnosprawnych może być dobrą okazją, żeby zapytać o właściwości kojące czy lecznicze muzyki.

– To nic nowego. Chodzi o fale dźwiękowe, które na nas wpływają w dobry sposób. Ale nie jestem w tej dziedzinie ekspertem. Z muzyką jestem kojarzony, bo piszę i śpiewam piosenki, piszę muzykę do teatru. Ale – co bardzo istotne – głównie działam na pograniczu muzyki i słowa. Bardzo mało skomponowałem muzyki abstrakcyjnej czy takiej, która ma nieść własną opowieść. Głównie pisałem do słów. I to klucz do mojej twórczości – przenoszenie słowa przez muzykę. Tak przecież przez wieki funkcjonowała nie zapisana poezja, tak śpiewali poprzednicy współczesnych poetów. Czuję się kontynuatorem tej tradycji.

Słowo też może mieć wielką moc.

– Wehikuł muzyczny często nadaje słowom zupełnie inny klimat, zmienia sposób ich odbioru. Od czasów licealnych interesuje mnie to, dlaczego wiersz uruchomiony przez muzykę staje się osobnym bytem. Dlatego nie lubię określenia „poezja śpiewana”. To właściwie oznacza, że poezja pozostaje bierna w stosunku muzyki, tego, że się ją śpiewa. Ja uważam, że to nowy byt.

Na pana jakieś utwory działają szczególnie?

– Liczba rzeczy, które mnie zachwyciły, jest ogromna, nie mogę wyróżnić jednej piosenki czy tekstu. Ale zawsze ważne są źródła. Kiedy zaczynałem pisać w teatrze szkolnym, lat temu ponad 30, dostałem „zamówienie” od pewnego wybitnego tłumacza, którego córka chodziła do liceum. To były „Kolczyki Izoldy”. Gałczyński, z całym jego ogromnym i trudnym do porównania z innymi – umeblowanym rekwizytami i postaciami – poetyckim światem, był dla mnie doskonałym przykładem możliwości penetrowania świata słowa za pomocą muzyki. Zresztą sam Gałczyński był muzycznie zorientowany, studiował podręczniki muzykologii i pisał wiersze według reguł muzykologicznych. Stąd dużo u niego motywów muzycznych, instrumentów. Na pewno miał na mnie duży wpływ.

W Poznaniu zagra pan swoje największe przeboje. Wszystkie lubi pan tak samo, czy któryś szczególnie?

– Nie uważam, żebym miał jakieś wielkie przeboje. Niektóre piosenki są trochę bardziej rozpoznawalne. Rzeczywiście, bywam pytany, czy lubię ten czy tamten utwór. Zawsze odpowiadam, że to zależy od momentu w życiu. Napisałem kilkaset utworów na płyty, do teatru czy z innych okazji. I nie mam do nich zawsze takiego samego stosunku. Raz się trochę ociepla, kiedy indziej trochę się schładza. Niektóre utwory odchodzą, a potem wracają.

Oczywiście dla ludzi, którzy przychodzą na moje koncerty, są utwory których nie mogę pominąć. Ale z zespołem często przypominamy sobie starsze kompozycje. Od wielu lat w marcu daję w Krakowie koncert imieninowy, na którym gramy całe płyty. I wtedy okazuje się, że np. od 20 lat nie graliśmy któregoś utworu, teraz go odświeżamy i jest przyjemnie.

Kup bilet na Koncert dla Domu

Bilety na walentynkowy koncert Grzegorza Turnaua kosztują 80, 100 i 170 zł, można je kupić na stronie Eventim.pl, w Empikach, sklepach Media Markt, Saturn i Media Expert.

tekst: Kajetan Kurkiewicz | zdjęcie: Franciszek Mazur | źródło: wyborcza.pl