Duży wywiad w "Dużym formacie"

7 listopada 2011Aktualności

 Powiedział pan kiedyś, że każde wyjście na scenę jest rodzajem spowiedzi…

– Wie pani, ja dużo głupstw przez lata nagadałem. Musiałem być w jakimś mistycznym nastroju. Dziś chcę tylko, aby widz wyszedł z koncertu w lepszym humorze, niż przyszedł. Jeśli zdarzy się moment, w którym nikt nie wie, o co chodzi, ale wszystkim się wydaje, że dzieje się coś magicznego, to dobrze. Niech się dzieje, ale nie dorabiajmy do tego teorii. Jak w tym rysunku Andrzeja Mleczki – wieczorna pora, do sowy na gałęzi podpływa księżyc, tak sobie rozmawiają, jak dwaj stróże nocni na papierosie. I księżyc mówi: "Wschodzisz, bracie, i nigdy nie wiesz, czy uda ci się wytworzyć tę niepowtarzalną, tajemniczą atmosferę".


Pan o tajemniczej atmosferze, a ja pamiętam jak kilka lat temu liryczny Grzegorz Turnau przygrzmocił podczas koncertu tyłkiem w klawiaturę fortepianu!

– To są takie brewerie. Mam też arsenał innych środków. Wciąż wydaje mi się czasem, że jestem chłopcem z międzyszkolnego teatru w V LO. Nie podoba mi się podział na cywilów i artystów. Nie nazwałbym tego przejawem jakiejś ekstrawagancji czy niezależności. Zawsze zresztą byłem ostrożny wobec obowiązkowego, pokoleniowego buntu czy innej infantylnej formy sprzeciwu, jak niedawne protesty "oburzonych". Nawet gdy nie starczało mi na gazetę, nigdy oburzony nie byłem. W tym moim siadaniu na klawiaturze prędzej jest sentyment do takich artystów jak Billy Joel, który uosabia dla mnie po prostu dobry show estradowy.

Jak w jego kawałku "Piano Man"? W zadymionym lokalu, gdzie wszyscy się znają?

– Im szybciej się zdecydujemy, kogo chcemy udawać w życiu, tym lepiej. Ja od lat udaję takiego piano mana. Nigdy nie chciałem zabawiać mas i być performerem w halach widowiskowych, choć i takie się zdarzały. Wolę sytuację, w której ogarniam salę, wiem mniej więcej, ilu jest widzów, czasem mogę przez dym dostrzec ich twarze. W tym zawodzie liczy się tylko to, jak dobry jesteś dziś wieczór. Dlatego też nasze DVD koncertowe "Och! Turnau. Och-Teatr" to po prostu uczciwy zapis jednego z występów – bez upiększeń czy poprawek.

Ale też trochę pana portret artystyczny, bo można tu znaleźć piosenki właściwie z całej pana kariery.

– Kiedy zrobiłem wstępny spis utworów, jakie bym widział na takim DVD, wyszło mi 45 piosenek. Zacząłem skreślać, zostało 24. 

Z kilku z nich chciałabym pana w kolejności chronologicznej odpytać. "Znów wędrujemy"?

– To właśnie V LO i pierwsza przygoda erotyczna, co oznaczało w naszych czasach wpatrywanie się w koleżankę wchodzącą do klasy, ewentualnie próbę odprowadzenia jej do tramwaju. Moja koleżanka bardzo lubiła Baczyńskiego, więc postanowiłem zakraść się do jej serca, dopisując muzykę do wiersza. Niewiele więcej zostało z tego epizodu. Zacząłem jeszcze czytać poezję, co wcześniej mi jakoś nie przyszło do głowy. Bardziej się fascynowałem Mrożkiem, Witkacym i różnymi demonicznymi historiami.

Ze "Znów wędrujemy" wystąpił pan na Studenckim Festiwalu Piosenki, nie będąc jeszcze studentem. 

– W tym wieku się nie myśli, w tym wieku się działa. Refleksja to przekleństwo dojrzałości. Po prostu robiłem to, co mnie porwało. Wygrałem festiwal, mając niecałe 17 lat. "Znów wędrujemy" na prośbę jury zaśpiewałem jako trzecie. Dwie wcześniejsze piosenki były napisane do tekstów Witkacego i Szekspira, ale rzeczywiście tylko ta została mi w repertuarze.

"Naprawdę nie dzieje się nic"?

– To kompilacja dwóch tekstów. Poeta Michał Zabłocki przyprowadzony do Piwnicy pod Baranami przez swoją mamę, aktorkę Alinę Janowską, zostawił teczkę z młodzieńczymi wierszami. Była to czarna teczka z napisem "Turniej Szermierczy im. Wołodyjowskiego" albo jakoś tak, bo w schedzie po ojcu był jeszcze wtedy szermierzem. Wziął te wiersze Piotr Skrzynecki, przeglądnął, dał Pawluśkiewiczowi, on coś sobie wziął, dał mnie, a ja już nikomu nie oddałem. Było tam około stu maszynopisów, którymi dość dowolnie sobie żonglowałem. Na czarnym pianinie w bloku przy ul. Meissnera wyklepałem "Naprawdę nie dzieje się nic" i przyniosłem na pierwszy z brzegu kabaret do Piwnicy. Pomyślałem, że to piosenka w sam raz dla Ani Szałapak. Potem pożyczył ją Jacek Wójcicki, nagrała Maryla Rodowicz z Tomaszem Stańką na trąbce, dalej zaśpiewał Zbigniew Zamachowski. Aż w końcu ja ją nagrałem. To wszystko się działo na przełomie lat 80. i 90. Mieliśmy wtedy z Michałem Zabłockim tak mało czasu dla siebie, że nie chcąc go tracić, siadaliśmy i od razu milczeliśmy.

Dlaczego tak późno sam się pan odważył?

– Kiedy Piotr Skrzynecki zaprosił mnie do Piwnicy po SFP, od razu zacząłem grać swoje recitale, ale potem coś się stało. Miałem taki moment zwątpienia we własne możliwości, zabrakło mi pary. Skupiłem się na pisaniu dla innych i akompaniowaniu. Z tej niemocy wyszedłem w dużej mierze dzięki wierszom Michała. Tak powstała pierwsza płyta, która właśnie od tej piosenki nosi tytuł "Naprawdę nie dzieje się nic". 20 lat temu wydana.

Co panu dała Piwnica?

– Poddaję się, nie wiem. Od 14 lat praktycznie mnie tam nie ma. Na pewno jednak nie mógłbym być bez niej piosenkarzem "piwnicznym". Choć od lat gram dla sporej widowni, nie przemienię się nagle w Lady Gagę, brakuje mi trochę wdzięku i talentu. Kiedy myślę o tamtych latach, mam skojarzenia biologiczne. U zwierząt, gdy poczują krew, pojawia się nagle adrenalina do walki. W tamtych czasach Piwnica miała swoją renomę, ale też cały czas czuło się w niej "krew". Każdy miał powód do walki: by być lepszym od kolegi, wymyślić coś szybciej, inaczej, bardziej zaskakująco. To był rodzaj areny pełnej toreadorów – wybitnych kompozytorów, jak Raj, Preisner, Konieczny, Pawluśkiewicz. Wciąż przychodził Marek Grechuta próbować swoje nowe rzeczy. Żeby tam przetrwać, trzeba było się bardzo starać.

Kolejne trzy tytuły: "Między ciszą a ciszą", "Bracka", "Natężenie świadomości"…

– …powstały praktycznie jeden po drugim, gdy pracowaliśmy z Michałem nad płytą "To tu, to tam". Michał się przeziębił i zamiast, jak to miał w zwyczaju, grasować po mieście w nie do końca zdefiniowanych celach, leżał u mnie w mieszkaniu i pisał. Pisał, pisał, pisał, a co napisał, to mi kładł na fortepianie. Tak powstała "Bracka" i "Między ciszą…", a tekst "Natężenia…" chyba jeszcze wyjęliśmy z czarnej teczki. Muzykę napisałem równie szybko, choć nie miałem gorączki. Poprosiłem tylko Michała, by zmienił coś na końcu w "Między ciszą a ciszą". Ta piosenka wydała mi się nazbyt pesymistyczna, negatywna przez słowa "i nikomu nie ufam, i nikomu nie wierzę". Stąd się wzięła ostatnia zwrotka: "tylko tobie zaufam, tylko tobie uwierzę". Jest więc teraz światełko w tunelu, a każdy może sobie pod nie podstawić albo Boga, albo sąsiadkę, albo nawet kota.

Czyli jest pan optymistą?

– Jestem potwornym pesymistą, ale właśnie dlatego mam w zwyczaju wołać o ratunek, nadzieję, litość.

Płyta "To tu, to tam" z 1995 roku to była podwójna platyna, moment najbardziej celebrycki w pana karierze.

– Tego słowa wtedy się jeszcze nie używało. Złota płyta to było 100 tys. egzemplarzy, a platynowa – 200. Dziś złota to 15 tys. Ten rodzaj przekazywania muzyki nieuchronnie zanika. Ze wszystkim trzeba trafić w dobry czas. Dziś byłoby mi bardzo trudno przebić się przez formułę, jaką stosują telewizja czy radio. Nie trafiłbym do tylu słuchaczy. Staram się jednak nie zapominać, że nic nie jest dane na zawsze. Każdy występ to jest zaczynanie od zera.

A jak to wtedy było? Biegały za panem zakochane nastolatki, a poważni muzycy się obrazili i uznali za hochsztaplera?

– To dosyć śmieszne, ale zawsze byłem zbyt niepoważny dla poważnych muzyków i zbyt poważny dla niepoważnych. Dla Programu II Polskiego Radia jestem popkulturą, dla RMF – przeintelektualizowanym pieśniarzem. Kołyszę się tak "między ciszą a ciszą". Jazzmani mnie lubią, ale nie jestem jednym z nich, tylko jakimś takim grajkiem. Dla klasyków? Niby ładnie, sympatycznie, można zaprosić na "crossover", ale jednak estradowiec. Grywałem też z Republiką czy Gigantami Gitary, ale i do rockmanów de facto nie należę, choć kilka swoich piosenek uważam za rockowe.

Nie wiadomo, co z panem zrobić.

– Kompletnie. I w dodatku nie da się mnie rozwiązać.

Przejdźmy do roku 1999. Piosenka "Wiem" z płyty "Ultima".

– Poza pierwszą płytą tylko "Ultimę" nagrałem w całości na taśmie analogowej. Inaczej przez to brzmi, jest bardzo ciepła. Pracowałem nad nią w Warszawie, z Leszkiem Kamińskim, więc mieszkałem poza domem, co wcześniej mi się nie zdarzało. Cała jest przez to eksterytorialna. Miałem inną aurę. I ta tematyka. Znalazł się na "Ultimie" wybór piosenek, które pisałem z Michałem Zabłockim do cyklu telewizyjnego "Twój dekalog", są tam piosenki odnoszące się bezpośrednio do przykazań. To album pytań o drogę. A tytułowa Ultima jest ostatnią wyspą według geografii starożytnej – celem albo niecelem. Końcem mola, jak pisała Agnieszka Osiecka.

A dlaczego to piosenka "Wiem" znalazła się na DVD?

– Bo ją lubię. Uważnym słuchaczom polecam ją na DVD, bo w jej trakcie nastąpiła zupełnie nieprzewidziana, przedziwna pomyłka. Ponieważ mam zespół snajperów, prawie się jej nie da dostrzec, ale my sami wiemy, gdzie popełniłem niemal katastrofalny błąd. Koledzy zatuszowali. A straciłem jeden piksel! Trochę tak, jakbym zjechał na moment z autostrady, a wszyscy pozostali uczestnicy ruchu udawali, że nic się nie stało. Wręcz złapali mnie za kołnierz i w sekundę wciągnęli z powrotem. Muszę przyznać, że mam zespół idealny.

Spełnił pan marzenia?

– Trochę tak. Jest takie stare powiedzenie George'a Bernarda Shawa, że można mieć dwie tragedie w życiu: nie spełnić marzeń i spełnić marzenia. Ale z tą tragedią tobym nie przesadzał.

"Idę cienistą stroną ulicy".

– Chciałem, aby w tym koncercie był ślad po płycie "Café Sułtan" i moim spotkaniu z panem Jeremim Przyborą. Miałem zaszczyt spotkać się z nim parokrotnie, robiłem wywiad dla "Tygodnika Powszechnego", a potem to się przerodziło w rozmowy o płycie. Nie chodziło mi o sztandarowe przeboje z kabaretu, jak "Addio pomidory", tylko liryczne, mniej znane piosenki, które można by zamknąć w przestrzeni kawiarenki Sułtan. Pan Przybora, a później Maria i Grzegorz Wasowscy, udostępnili mi materiały, z których w 2004 roku złożyłem płytę – już po śmierci Autora, niestety. Zdążyłem jednak uzyskać akceptację mojego wyboru.

"Idę cienistą stroną ulicy" to taki francuski walczyk, trochę hałaśliwy, uliczny, z przepięknym tekstem. Prawie nieznany. Od razu wywołał we mnie znane uczucie, że sam chciałbym coś takiego powiedzieć. Ale do kogo? Pan Przybora powiedział mi: "Nie, pan tego nie może śpiewać, pan jest jeszcze za młody". Odpowiedziałem, że zaśpiewam to do córki, więc będzie różnica pokolenia. On na to: "Dobrze, do córki pan może". To opowieść człowieka, który świadomie idzie tą drugą stroną ulicy, bo już wie, że tylko z cienistej widać słoneczną. To piosenka o dojrzewaniu i przemijaniu. 

Rodzina często ma wpływ na pana twórczość?

– Jestem niewolnikiem kobiet: córki, żony i matki. Wszystkie moje emocje zahaczają się na jednej, drugiej albo trzeciej. Tak jest od prawie 25 lat, bo w przyszłym roku będziemy mieli z żoną srebrne wesele. Człowiek bywa zależny od bliskich, także w sensie zawodowym. Nie wyobrażam sobie, abym coś robił i publikował, a one nie brałyby w tym udziału. Córka Antosia pomaga mi często w grafikach, podsuwa pomysły, brała udział w montażu tego materiału. Jest bystra i kochana, nie brakuje jej wyrozumiałości dla ojca, choć ma swoje różne pasje zawodowe i niekoniecznie jest fanką Grzegorza Turnaua. Tworzymy zgraną ekipę, mimo że miewamy odmienne zdania. Żona i córka są jednak dużo bardziej biegłe w muzyce. Ja jestem raczej ignorantem.

"11:11"?

– To piosenka napisana na koniec pracy nad płytą pod tym samym tytułem, spina zawarte w niej tematy, czyli przede wszystkim: czas. Wzięła się z mojego sentymentu do tej godziny, choć od dawna nie mam już zegarka z wyświetlaczem cyfrowym. W dzieciństwie na rok wyjechałem z tatą do Anglii, czułem się tam samotny i przestraszony, więc znajdowałem sobie różne kotwice: zegarek, okulary, ulubiony tornister… Obudowałem się magią rekwizytów. A o godz. 11.11 była pierwsza duża przerwa. Kupowałem herbatę z mlekiem i hot doga – bez musztardy, z samą cebulą, kompletnie bez smaku. W Anglii prawie wszystko jest bez smaku, ale ten brak smaku to jest właśnie cały smak Anglii. Tylko żeby było jasne: uwielbiam kuchnię angielską! Zwłaszcza steak'n'kidney pie.

Skąd ta nagła potrzeba powrotu do dzieciństwa?

– To był rok 2005. Poczułem już pewnie, że nie mam 25 ani 33 lat, odkryłem, że nie jestem nieśmiertelny. Jak się uważnie wczytać w tekst, można w "11:11" znaleźć aluzję do piosenki Marka Grechuty "Dni, których jeszcze nie znamy". Przemyciłem w nim nawiązanie do mej młodzieńczej fascynacji.

Końcowy akord: "Fabryka klamek".

– Znów tytułowa piosenka napisana na koniec płyty. Sam jej tekst powstał dawno temu, pod postacią luźno zanotowanych, niezbyt może oryginalnych refleksji o przypadkowości losu. A ponieważ fabrykę klamek w miejscu zamieszkania naprawdę mam w zasięgu wzroku, nie było trudno zrymować tych kilku zdań. W ponurych chwilach lubię wracać do felietonów Antoniego Słonimskiego "Załatwione odmownie", bo zawsze mnie ożywiają. W jednym z nich autor ironizuje, jak to można napisać wiersz o niczym. Leżymy w pokoju, widzimy klamkę i – o! już mamy rym: nie wszystkie klamki otwierają zamki. Powinienem mu zadedykować ten utwór, bo zrobiłem z klamkami właśnie coś takiego, ale mam jednak nadzieję, że to się wewnątrz utworu broni. "Wysoki zamek" jest zresztą cytatem ze Stanisława Lema, można tam znaleźć jeszcze inne aluzje.

A wydana w zeszłym roku "Fabryka klamek" to jaki moment w pana życiu?

– Dobry. 43-44 lata, taki "wiek męski – wiek klęski". 

Źródło: Duży Format

« Kontakt »

Organizacja koncertów, kontakt impresaryjny:
Piotr Ferster
tel.: +48 601 459 818
piotr@piotrferster.pl
www.piotrferster.pl
Producent wykonawczy oraz impresariat projektu i koncertów „7 widoków w drodze do Krakowa”:
Michał Turnau
tel.: +48 607 390 337
michal.turnau@gmail.com
Opiekun strony i profilu na facebooku
Tomasz Pilarski tomek@turnau.pl

Dokumentacja nagrań i archiwum
Wiktor Czajkowski wiktor@turnau.pl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookies. Więcej informacji: Polityka prywatności i plików cookies
projekt: AK | realizacja: Kreujemy.pl